warning: date() [function.date]: It is not safe to rely on the system's timezone settings. You are *required* to use the date.timezone setting or the date_default_timezone_set() function. In case you used any of those methods and you are still getting this warning, you most likely misspelled the timezone identifier. We selected 'Europe/Berlin' for 'CET/1.0/no DST' instead in /home/admin/domains/kontrowersje.net/public_html/archiwum/modules/blog_addons/blog_addons.module on line 428.

Sprawa Palikota. Dochodząc do prawdy.


W internecie aż wre ostatnio o tym, jakoby to ojciec Janusza Palikota miał być podczas okupacji szmalcownikiem, człowiekiem szantażującym biłgorajskich żydów, by w końcu, gdy już wyczerpały się ich środki, oddać ich w ręce hitlerowców. Renomowani blogerzy, jak Yarrok, czy też Piotr Wielgucki vel Matka_Kurka, obszernie piszą o tych pogłoskach, zadając posłowi Palikotowi wiele pytań na temat Mariana Palikota, jego zmarłego już ojca.
Niestety, pytania ich nie doczekały się żadnych odpowiedzi...
Nie będę przytaczał tutaj tych pytań, teksty popularnego „Kuraka” czy Yarroka ( i całej rzeszy innych blogerów i komentatorów) każdy może sobie sam wygooglać, są one zresztą większościowo powszechnie znane.
Niestety mainstreamowe media, poza jedną, krótką wzmianką w „Fakcie”, jak zwykle udają, że sprawy nie ma, oczywiście żaden dziennikarz śledczy nie pofatygował się, aby na miejscu, w Biłgoraju, sprawdzić u żyjących jeszcze naocznych świadkow tamtych wydarzeń, czy jest coś na rzeczy, lub czy to tylko plotki, mające zdyskredytować kontrowersyjnego posła PO.
Bardzo zaintrygowała mnie ta sprawa. W odległej przeszłości sam byłem dziennikarzem śledczym, opisałem kilka afer w moim rodzinnym mieście, ale los inaczej pokierował moją karierą...
Teraz robię zawodowo wprawdzie coś zupełnie innego, od dawna jednak tęsknię do pióra, a sprawa Mariana Palikota jest jak najbardziej tłustym kąskiem dla takiego „niespełnionego” dziennikarza jak ja.
Krótko mówiąc, skoro mainstream „olał” sprawę, postanowiłem sam poświęcić trochę czasu, aby spróbować dojść do prawdy o Marianie Palikocie.

Niestety, mieszkam bardzo daleko od Biłgoraja, nie znałem tam nikogo, a zamiarem moim było wypytanie miejscowych, którzy pamietają jeszcze te wydarzenia. Nie wątpiłem, że zapewne została ich zaledwie garstka, gdyż to już ok. 70 lat temu...
Zacząłem więc rozpytywać znajomych, czy nie znają jakiegoś Biłgorajczyka, aby od nitki dojść do kłębka, czyli jakichś osób, które pamiętają okupację. Bez sukcesu jednak, mieszkam w centralnej Polsce i nikt z moich znajomych nie mógł mi pomóc.
Niestety, nawet odświeżanie starych, studenckich znajomości za pomocą portalu Nasza Klasa nie dało efektów, wśród mych komilitonów nie ma żadnych Biłgorajczyków ani osób z korzeniami w tym mieście...
Gdy już straciłem wiarę, że znajdę jakiegoś Biłgorajczyka poprzez znajomości i postanowiłem pojechać do Biłgoraja w ciemno, nadeszla jednak pomoc z dosyć niespodziewanej strony – kuzyn jest lekarzem w jednym ze szpitali w naszym mieście i on to zatelefonował do mnie pewnego piątkowego poranka:
- Adaś, pytałeś niedawno, czy nie znam kogoś z Biłgoraja, a do mnie na oddział przywieziono przedwczoraj pacjenta, który się tam urodził, ale facet jest chyba za młody, mówiłeś, że o okupacji chcesz pogadać, a chłop koło pięćdziesiątki dopiero...
- Super!- wydarłem się do telefonu – facet za młody, ale na pewno zna kogoś stamtąd, który pamięta wojnę! Spytaj się go, czy się zgodzi na krótką rozmowę...
- Już się go spytałem i zgadza się....
No jasne, który pacjent odmówi swojemu lekarzowi takiej skromnej przysługi?
W sobotę biegnę do szpitala, kuzyn prowadzi mnie do pana Kazimierza. Pacjent z trudem podnosi się z łóżka (cierpi na jakąś chorobę kręgosłupa, czeka na operację), podaje mi rękę. Rzeczywiście, wygląda na ok. 50 lat.
Przedstawiam się, mówię, że interesuję się okresem okupacji na Lubelszczyźnie, chcę wyjaśnić parę do tej pory niejasnych jeszcze kart z wojennych dziejów tej prowincji.
Wymieniam czasopisma, do których kiedyś tam pisałem, mam nadzieję, ze pan Kazimierz nie będzie zanadto wnikał w moją motywację – uważam, że na razie nie powinienem wspominać o głównym powodzie mojego zainteresowania okupacyjnymi dziejami Biłgoraja...
Pytam, czy zna kogoś, kto mieszkał w tym czasie w Biłgoraju, kogoś, kto pamięta czasy wojny... . Wprost pytam, czy żyją jeszcze jego rodzice.
- Ojciec już nie żyje, ale mama tak. Ma już 82 lata, rzadko nam opowiadała o tamtych czasach, ale myśle, że jeszcze dużo pamięta.
Pytam, czy nie mógłbym odwiedzić jego mamy w Biłgoraju .
- Mama nie mieszka w Biłgoraju, jeszcze jak byłem chłopcem wynieśliśmy się do Szczebrzeszyna... . Pewno się zgodzi, czemu by i nie...
Ze zdziwieniem konstatuję, że miejscowość Szczebrzeszyn istnieje naprawdę i że nie jest to jedynie lingwistyczny żart na użytek uczących się polskiego obcokrajowców... .
(jak się później okazało, Szczebrzeszyn rzeczywiście oddalony jest jedynie o ok. 20 - 30 autominut od Biłgoraja).
Chcę kuć żelazo, póki gorące, pytam, czy p. Kazimierz nie zadzwoniłby do mamy i nie umówiłby mnie z seniorką na spotkanie. Wyciągam komórkę i pytam, czy mogę wykręcić jej numer, by porozmawiał z nią krótko.
- Mama nie ma telefonu. A ja też mam komórkę.
Czuję, że popełniłem spore fauŻ pas.
-Ale siostra ma telefon. Jest u mamy prawie codziennie. Przekaże mamie, że ktoś z gazety chce z nią porozmawiać... . Niech pan zadzwoni pojutrze, dam panu odpowiedź.
No cóż, nie jestem z gazety, ale nie poprawiam....
Pan Kazimierz podał mi numer swojej komórki.
Pełen nadziei, dwa dni po naszej rozmowie dzwonię na podany mi numer do pana Kazimierza.
- Mama nie ma nic przeciwko temu, żeby pan przyjechał...
Pan Kazimierz mówi mi, że nawet nie muszę robić żadnego terminu, starsza pani jest po prostu w domu praktycznie cały czas, a jakby nawet i wyszła na pobliskie targowisko czy do apteki lub kościoła, to i tak mam zajrzeć za godzinę, bo ona już będzie z powrotem...
W domu mówię do żony i córeczek – moje panie, jedziemy na weekend w lubelskie, tam jeszcze nie byliśmy. Poza tym, tata ma tam coś zawodowego do napisania, ale okolica jest bardzo fajna, nocleg w hoteliku w Szczebrzeszynie też będzie fajny... .
Jadzia, moja żona, oczywiście wie, o co mi chodzi, boi się trochę ewentualnych konsekwencji, ale nieprzypadkowo właśnie ona jest moją żoną... . Dzielna jest i tyle.
W Szczebrzeszynie nie ma żadnego hoteliku, ale tego autor niniejszego wpisu jeszcze wtedy nie wiedział... .
Po długich reszerszach ryzykuję i bukuję Pensjonat Kawęczynek, potem się okazało, że nie było tam tak najgorzej...
Dziewczynki są wniebowzięte, że jedziemy do Szczebrzeszyna, bo im też nazwa ta nie była obca, ten chrząszcz brzmiący w trzcinie jest jednak przesławny w całym Lechistanie... .

Jazda trwała ze 4 godziny, bo nie jechałem za szybko. Po przyjeździe do Szczebrzeszyna poprosiłem żonę, by zabrała dziewczynki na wycieczkę, atrakcji przyrodniczych tu nie brakuje...
Ja sam idę pod podany mi przez pana Kazimierza adres, trochę się denerwuję, ale tylko trochę, bo co mi może zrobić osiemdziesięcioletnia ponad staruszka... .
Dzwonię pod podane mi nazwisko i po chwili drzwi otwierają się. W progu stoi starsza pani w okularach. Przedstawiam się i wyjaśniam cel mojej wizyty. Pani Henryka wiedziała, kim jestem, zaprosiła mnie do środka.
Po chwili siedzę za stołem, w małym, bardzo czystym mieszkanku, umeblowanym jeszcze za wczesnego Edwarda. Pani Henryka parzy dla nas herbatę, na stole pojawiają się ciasteczka.
Proszę moją rozmówczynię, by opowiedziała mi o czasach wojny, o tym co zapamiętała z tego okresu. Pytam, czy naszą rozmowę mogę nagrać, mogę, więc kładę na stół dyktafon.
- Straszne to były czasy, panie młody, aż się wspominać nie chce...
I opowiada o tym, że najpierw do miasteczka wkroczyli sowieci, nie zabawili tam jednak zbyt długo, zastąpieni przez Niemców. Zaczęła się okupacja.
Nie muszę jej naprowadzać, po chwili sama zaczyna opowiadać o Żydach, którzy stanowili 60% ludności Biłgoraja. Opowiada o sąsiadach, o szkole, do której chodziła z żydowskimi dziećmi. I wreszcie wspomina zagładę.
Proszę, aby spróbowała przypomnieć sobie więcej szczegółów.
- Panie drogi, tam było tyle płaczu, tyle krwi, tyle ludzkiego nieszczęścia. Najgorzej to było jesienią w czterdziestym drugim... .
Wiem, że pani Henryka ma na myśli akcję „Reinhard”, z listopada 1942 roku. Przygotowałem się solidnie do tej rozmowy.
- Rodzice zakazali mi wtedy wychodzić z domu, ale ja widziałam z okna, co się na ulicy działo, dopóki i od okna tata mnie nie odgonił... .
Wiem z literatury, że 02.11. 1942 to był sądny dzień w Biłgoraju. Zydów spędzono na rynek, przeszukano, ustawiono w kolomny i poprowadzono do baraków na ul. 3 Maja.
Podczas przemarszu i potem, w pobliżu baraków, specjalny oddział policji składający się z Niemców, oraz faszystów łotewskich, chorwackich, litewskich i ukraińskich dopuszczał się nieopisanych okrucieństw, strzelając dla zabawy do maszerujących Zydów, mordując nawet małe dzieci wyciorami od karabinów. Cała ulica 3 Maja zasłana była ciałami pomordowanych.
Pan Henryka przerywa na chwilę, widać, że straszne wspomnienia wywołały w niej silne wzruszenie. Zdejmuje okulary, przeciera oczy chusteczką.
Czas dla mnie, by powoli zbliżać się do celu.
- Pani Henryko, inni świadkowie tamtych wydarzeń wspominają, że część Zydów próbowała ukrywać się w pobliskich laskach. Czy ludzie z miasteczka pomagali im w jakiś sposób?
- Strach było im pomagać, bo Niemcy za to mogli zabić. Była taka banda młodzików, co latali do lasu i nosili chleb Żydom, co tam się po tych lasach kryli. Potem chwalili się kosztownościami, jakie za ten chleb od Zydów podostawali. Tylko jak Żydom zabrakło już pieniędzy i kosztowności, to ich wydali Niemcom.
Serce wali mi jak młot, moja rozmówczyni sama poruszyła w temat, o który miałem zapytać za chwilę. Pora na decydujące pytanie:
- Pani Henryko, czy w grupie tych młodzików, co to nosili chleb Zydom, a potem ich wydali, czy w tej grupie był Marian Palikot?
Serce tłucze mi się w piersi jak oszalałe. Na twarzy starszej pani maluje się zaskoczenie i zdziwienie.
- A skąd pan wie takie rzeczy? To pan już musiał na ten temat już z kimś rozmawiać... .
Tak, Marian Palikot też z nimi biegał do lasu. Wie pan, ja go tak dobrze nie znałam, ale podobała mu się moja bardzo dobra koleżanka, chwalił się jej, ile to na tych Żydach zarobił... Pokazywała mi nawet taki duży, złoty pierścionek, jaki od Mariana dostała...
-Czy ta pani koleżanka jeszcze żyje?
- Umarła ze 4 lata temu...
Pytam się, czy nie poleciła by mi jakiejś innej osoby, która mogła by mi opowiedzieć o tymtych czasach. Chciałbym potwierdzić moją rewelację w jakimś drugim źródle.
- Widzi pan, z mojego rodzeństwa został jeszcze tylko starszy brat, ale on już, jak to mówią, na umyśle trochę słabuje, to panu nie polecam.
-A może jakiś sąsiad czy inna koleżanka ze szkoły?
- Wie pan, ja już bardzo długo nie mieszkam w Biłgoraju, nie wiem, kto tam już umarł, kto jeszcze żyje...
Żegnam się z panią Henryką, dziękuję jej za rozmowę. Pyta mnie, czy o tym wszystkim napiszę w jakiejś gazecie?
Potwierdzam, bo za długo by tłumaczyć, że moje możliwości ograniczają się już teraz w zasadzie tylko do blogosfery.
Wychodzę, siadam w jakiejś kafejce, zamawiam kawę, muszę ochłonąć.
Zastanawiam się nad konsekwencjami tego, czego się przed chwilą dowiedziałem...
Po chwili dzwonię do żony na komórkę, ona i córki zachwycone są Szczebrzeszyńskim Parkiem Krajobrazowym, chcą tam wrócić jutro. Mówię Jadzi o tym, czego dowiedziałem się od pani Henryki. Zatyka ją na chwilę, potem słyszę głośne: „.. o jasna cholera... ale będą jaja...”
Ano będą.
Niemniej jednak sporo spraw wymaga jeszcze wyjaśnienia, na przykład sprawa tajemniczej wizyty u Palikotów w 1963 roku, wizyty Żyda Jakuba Schumanna, rzekomo ocalałej z Holokaustu ofiary szantażowanej przez Mariana Palikota. Czy Szumann rzeczywiście zniknął po tej wizycie?
Chętnie dowiedziałbym się jeszcze innych szczegółów współpracy Mariana Palikota z hitlerowcami. Obiecuję sobie, nie odpuszczę tych spraw.
Psychologom zostawiam badanie, jaki wpływ na Janusza Palikota miał fakt, iż jego ojciec był szmalcownikiem.
Palikot napisał kiedyś:
„Nie chcieliśmy drugiej wojny światowej, nie chcieliśmy zagłady całego narodu żydowskiego, nie chcieliśmy bestialskich mordów na naszych ulicach, wśród naszych sąsiadów. Ale to się przytrafiło i jesteśmy w to włączeni. Włączeni tragicznie, bo za pomoc Żydom groziła śmierć i wzbudzała w nas różne, czasami podłe zachowania. Nie wszyscy daliśmy radę i żyjemy dziś z tamtą słabością w duszach. I wielką heroiczną wspaniałością (mniej liczną) i z wielką podłością (częstszą). Niektórzy z nas zabili swoich sąsiadów. Inni nie zrobili nic aby im pomóc... „
Jeśli ktoś z mainstreamu byłby zainteresowany tym tematem, to proszę o kontakt na email– Adam.N@israel-shalom.com zakładając zgodę mojej informatorki pomógłbym nawiązać z nią kontakt.

Adam Nawrot - pozostałe wpisy