warning: date() [function.date]: It is not safe to rely on the system's timezone settings. You are *required* to use the date.timezone setting or the date_default_timezone_set() function. In case you used any of those methods and you are still getting this warning, you most likely misspelled the timezone identifier. We selected 'Europe/Berlin' for 'CET/1.0/no DST' instead in /home/admin/domains/kontrowersje.net/public_html/archiwum/modules/blog_addons/blog_addons.module on line 428.

Piramida wyborcza zamiast partii politycznych.


W poszukiwania programu pozytywnego i ucieczki od emigracji wewnętrznej wywołanej obserwacją politycznej wojny Marsa ze Snickersem (Platforma vs. PiS) przyszedł mi do głowy pewien pomysł na strukturę wyłaniania kandydatów do sprawowania władzy, która być może mogłaby zastąpić obecny niewydolny system, oparty o partie polityczne, a jednocześnie byłaby przyjazna dla każdego obywatela.


Nie jestem ani socjologiem, ani politologiem, ani nawet nie prowadzę najciekawszego bloga politycznego w kraju :-),nie mam też żadnych tego rodzaju ambicji. Jestem politycznym amatorem z chęcią pozostania użytkownikiem czynnego prawa wyborczego.


Zawodowo zajmuję się tworzeniem przeróżnych wirtualnych historii, i choć nie ma to nic wspólnego z literaturą SF, czasami przychodzi mi do głowy pomysł, który nie do końca jest mój...(Ale spokojnie - wciąż leci z nami pilot :-).


Co znaczy stwierdzenie "pomysł nie do końca jest mój":


Terry Pratchett w jednej ze swoich książek opisuje jak to wolne cząstki myśli, zawierające wszystkie możliwe idee (lekarstwo na raka, rozwiązanie problemu ocieplenia/oziębienia klimatu itp. itd) lecą przez cały wszechświat we wszystkich możliwych kierunkach i przelatują swobodnie przez wszystkie możliwe umysły na świecie.


Oczywiście dobrze, kiedy koncepcja nowego napędu nadświetlnego trafi do głowy noblisty z NASA. Jeśli natomiast trafi do głowy dajmy na to kury w kurniku to może w niej wywołać, silne uczucia iluminacji i kurzego objawienia w rodzaju "łał! ja pierdolę", oraz co najwyżej efekt w postaci popuszczenia rzadkiej kupy na podwórko.


Właśnie coś takiego mi się przydarzyło: Idea jest świeża (a może nie?) i chciałbym to skonsultować, w miarę możliwości z Szanownym Nadredaktorem jak i być może z rozdygotanym intelektualnie interdyscyplinarnym gremium tego portalu i uzyskać ocenę tego czy jest to kurza kupa, czy może coś więcej…


 


A teraz do rzeczy:


Wszyscy zdajemy sobie sprawę z beznadziejności władzy wynikającej m.in. z istniejącej ordynacji wyborczej opartej o partie polityczne. Z systemu, który uniemożliwia wyborcom kontrolę nad wybraną władzą, wręcz alienuje przeciętnego wyborcę i prowadzi do powstania księżycowej elity politycznej, która żyje w swoim własnym dobrze opłacanym świecie.


Z takiej władzy nic nie wynika, a właściwie wynika wszystko, ale tylko dla tej władzy. Brak jest skutecznego sprzężenia zwrotnego, żeby wyrazić swoje proste "człowieku, odjebało Ci" lub klasyczne od serca „nie pierdol!” w stosunku do własnego wybrańca.


Wyłaniana w dotychczasowy sposób władza reprezentuje w finalne tylko samą siebie, a jak pokazuje przykład pewnego senatora proste wprowadzenie JOW także najprawdopodobniej nie rozwiązuje problemu.


Z drugiej strony, wielu wyborców ma w głębokim poważaniu jakąkolwiek politykę (bo "i tak robią co chcą", bo "i tak się nic nie da zrobić", bo "do polityki idą sami złodzieje" itp.). Oczywiście mają rację. Są też tacy (takie?), którzy w wyborze rządzących kierują się co najwyżej kolorem oczu lub kolorem koszuli. Postawę "nie dotyczy" i „nie obchodzi” też należy brać po uwagę  bo i oni mają rację.


Jednocześnie legendarny głos menela spod budki z piwem, ma taką samą wartość jak głos niemniej legendarnego profesora uniwersytetu, a system partyjny promuje biernych, miernych, ale wiernych nieudaczników, z jedną tylko pielęgnowaną przez nich jak kung-fu umiejętnością – utrzymać się jak najdłużej przy korycie. Wszystko to, a także pewnie wiele innych czynników sprawia, że w powszechnym odbiorze na wybory można iść co najwyżej tylko po to, żeby głosować nie "za" ale "przeciw", coś w stylu "najbardziej nienawidzę Kaczyńskiego za to, że musiałem głosować na Komorowskiego".


Czy sytuacja w tym czymś, co nazywamy demokracją jest bez wyjścia i możemy walić tylko głową w sufit? Czy listy kandydatów muszą koniecznie tworzyć prezydia partii politycznych i usłużne media lub służby specjalne, a wyborcy mogą się temu tylko biernie przyglądać? Czy naprawdę konieczne jest tworzenie specjalnych obywatelskich komitetów do nadzorowania przebiegu wyborów? Może jednak nie, przynajmniej warto spróbować…


Mój potok myśli, który złożył się na finalny pomysł obejmuje:


1. Efekty Web 2.0, które tak na prawdę przenoszą na Internet normalne ludzkie działania:


- możliwość oddolnej, prawie wczesnofeudalnej samoorganizacji w rodzaju facebooka,

- mądrość świadomości zbiorowej wynikającej z jednoczesnego przedstawienia wielu punktów widzenia na przykładzie miejsc takich jak kontrowersje.net


2. Dość banalną prawdę stwierdzenia, że każdy z nas wykonując maksymalnie 4-5 telefonów jest teoretycznie w stanie dodzwonić się do Obamy (jak np w tej opowieści: "mam brata, mój brat zna Pudziana, Pudzian jest prywatnym koleżką Schwarzeneggera, no a Arnold jako gubernator Kalifornii ma co najmniej dwa numery do Baraka...")


3. Oczywistą oczywistością faktów, że jak zaczynamy szukać pracy, albo pracowników to zaczynamy od rodziny i znajomych, a najważniejsze i rzeczywiste rozmowy o wartościach toczone są przy piwie lub przy rodzinnym stole na Boże Narodzenie, ale na pewno nie w Sejmie.


4. Skuteczność działań prowadzonych przez lokalne sitwy towarzysko-biznesowe ( „szara sieć”).


5. Próba odpowiedzi na pytanie: A co się stanie, jeśli wszyscy w całym państwie są członkami tej samej mafii? (przy okazji odwieczny problem: Jak wtedy odróżnić ściąganie haraczu od płacenia podatków?)


6. Połączenia ze sobą w spójną całość wszystkich wyborczych wynalazków takich jak JOW, głosowanie przez pośrednika, głosowanie przez Internet itd.


7. Szukania sposobu, aby pozbyć się nieefektywności wyłaniania przedstawicieli przez system partyjny.


8. Przyjęcie do wiadomości, że mamy XXI wiek: telefony komórkowe i Internet więc konstrukty z XIX wieku dobre dla naszych dziadków należy już definitywnie odłożyć do muzeum.


9. Świadomość, że różnice ideologiczne pomiędzy największymi partiami w naszym kraju są jak różnica w smaku między Pepsi, a Coca-Colą („płynna metafora” wynika z podziwu dla naszej klasy politycznej i co raz to nowych zmieniających się opakowań tej samej mieszanki wody, cukru i tajemniczego czynnika X – „charyzmy” - przy czym już wszyscy wiemy, że tajemnica składnika X polega na braku składnika X).


Na koniec przyda się też odrobina matematyki i fizyki z klasy siódmej..:-)


Z tego wszystkiego wychodzi mi struktura "demokratycznej piramidy wyboru władzy, umożliwiająca skuteczne sprzężenie zwrotne" jako sposób wyłaniania kandydatów do sprawowania władzy na poziomie samorządowym, parlamentarnym i rządowym.


Szczegóły:


W Polsce jest ok. 30 mln uprawnionych do głosowania (wg PKW 30833924 osób).  Wystarczy cztery poziomy organizacji i struktura grafu który byłaby prostą potęgą liczby 32.


1.) Poziom powszechny – wszyscy uprawnieni do głosowania. 


Każdy z nas, żyjąc pośród ludzi, jest w stanie bez specjalnego wysiłku funkcjonować wokół 32 osób z którymi się spotyka, z którymi poglądami się zgadza, do których ma zaufanie albo po prostu z własnego doświadczenia wie, że są to zwyczajnie porządni ludzie.


W ekstremalnym przypadku, jeśli nie można tego zrobić osobiście w realu to można się odnaleźć z podobnymi sobie w Internecie i "dodać do przyjaciół" :-) choć wydaje mi się, że czynnikiem najważniejszym w systemie wyborczym powinna pozostać wspólnota miejsca zamieszkania. Oczywiście grupa niekoniecznie musi liczyć dokładnie 32 osoby - na poziomie podstawowym może się to wahać w granicach 16 - 48 osób, a liczby te wynikają wyłącznie z demografii Polski nałożonej na strukturę grafu). Natomiast ze względów oczywistych liczebność grupy podstawowej nie może przekroczyć 48 osób (nie tworzymy tu partii politycznej tylko legalną „sitwę” i przy okazji: zapewne pochodzenie słów „sieć” i „sitwa” jest identyczne, a dla tych bardziej cool jest „networking”:). Jeśli grono osób jest większe, założona musi być formalnie następna grupa obywatelska lub wyborcza.


Każda z tych grup obywatelskich wyłania swojego naturalnego lidera, na którego w nadchodzących wyborach przenosi swój głos. Liderem grupy może być ojciec, mąż, kolega z pracy, sąsiad - ktoś z kim mamy codzienny częsty kontakt. Lider staje się pełnomocnikiem przy wyborach.


Żeby było ciekawiej każdy wyborca w dowolnym momencie, jeśli jest niezadowolony lub zmienił mu się światopogląd, a jego aktualny lider tego nie odzwierciedla, może przenieść swój głos na innego lidera, przystępując do innej grupy lub zacząć tworzyć nową grupę jeśli tylko znajdzie 16 chętnych osób na początek. Ale może też wybrać raz na całe życie.


Konieczność wyboru lidera byłaby dla każdego uprawnionego wyborcy obowiązkowa (prawa i obowiązki obywatela: w końcu ZUS i US też się nie pyta o deklarację członkostwa). Jednocześnie lider niższego poziomu ma prawo do uczestnictwa w wyborach na poziomie wyższym - jeśli nie skorzysta z tego prawa to jego grupa powinna po prostu zmienić lidera na kogoś bardziej aktywnego.  


Takich liderów powszechnych byłoby w kraju ok miliona. Bierze się to z 30 mln uprawnionych do głosowania podzielonych przez 32 osoby przypadające na pojedynczą grupę lub bardziej elegancko policzone od dołu 32x32x32x32 = 1 048 57. (Oczywiście 32x32x32x32x32=33554432 osób, co daje liczbę o 2 mln większą od liczby uprawnionych do głosowania, więc struktura oparta o liczbę 32 ma spory zapas demograficzny).


Wszyscy liderzy powszechni automatycznie trafiają do puli kandydatów do wyborów samorządowych/lokalnych – inaczej mówiąc wszyscy oni zyskują bierne prawo wyborcze czyli prawo do bycia wybieranym w wyborach samorządowych i można na nich głosować, gdyż wszyscy wyborcy biorą udział w wyborach samorządowych (dokładnie tak jak dzieje się dotychczas) i wybierają spośród kandydatów (liderów) z poziomu powszechnego.  Wybory samorządowe pozostają tajne. 


2. Poziom lokalny. Każdy z liderów poziomu powszechnego staje się członkiem grupy poziomu lokalnego dołączając do ludzi o podobnych poglądach lub interesach w swojej okolicy (realnej lub internetowej). Jest to miejsce dla tworzenia się partii politycznych dla tych bardziej rozpolitykowanych lub świadomych jednostek chcących wspólnie coś zmienić. Tu także tworzone są grupy po 32 osoby, które wybierają swojego lidera lokalnego i na niego przenoszą swoje posiadane głosy. Zauważmy, że taki człowiek staje się już reprezentantem już ok 1024 osób (32 x 32). Bycie liderem lokalnym jest poziomem obowiązkowym dla chcących być radnym, wójtem, burmistrzem itd wybieranych na tym poziomie. Liderów lokalnych jest 32x32x32 = 32768 (żeby było jeszcze ciekawiej: liczba radnych ogółem w Polsce w 2010 wg. PKW to: 46 790). Ta grupa wybiera w wyborach do Sejmu spośród kandydatów z poziomu regionalnego. Wybory do Sejmu są jawne (kwestię jawności/tajności wyborów należałoby rozstrzygnąć).


3. Poziom regionalny. Liderzy lokalni tworzą 32 osobowe grupy, wybierają lidera regionalnego i przenoszą na niego swoje głosy. Lider regionalny reprezentuje już ok. 32768 głosów (32x32x32) i jednocześnie jest takich osób w kraju ok. 1024. Jest to poziom obowiązkowy dla kandydatów na prezydentów miast, posłów, senatorów, europosłów, a także dla chcących pełnić funkcje najwyższych urzędników państwowych, przewodniczących rad nadzorczych spółek skarbu państwa. Ta grupa wybiera rząd spośród kandydatów z poziomu krajowego. Wybór rządu jest jawny.


4. Poziom krajowy - rząd. Liderzy regionalni (z poziomu 3) wybierają liderów krajowych. Tych osób jest już tylko 32. Każda z nich reprezentuje głosy ok miliona osób (32x32x32x32 = 1048576) spośród tych osób wybierana jest rada ministrów (zarząd kraju) oraz premier. Pozostali stanowią ciało doradcze i są rzecznikami swoich wyborców (coś w rodzaju rady nadzorczej oraz krótka ławka  dla przywódców politycznych z prawdziwego zdarzenia.


Co z tego wszystkiego wynika?:


Człowiek z najniższego poziomu wyborczego przenosząc swój głos na  swojego lidera ma niemalże bezpośredni (ale nie bezrefleksyjnie bezpośredni) wpływ na sposób rządzenia krajem, może brać udział w życiu politycznym lub jeśli uważa, że nie warto zawracać sobie tym głowy może po prostu zdać się na zdanie zaufanej osoby – deleguje swoje prawa wyborcze na zaufanego człowieka. Wie też dokładnie do kogo się zwrócić jeśli uważa, że sprawy idą nie tak lub jeśli chce wiedzieć dlaczego są podejmowane takie, a nie inne decyzje.  


W sprzężeniu zwrotnym lider musi prezentować wyważoną opinię swoich wyborców z niższego poziomu – w przeciwnym razie straci głosy swojej grupy. Jako, że lider poziomu pierwszego jest najczęściej człowiekiem, z którym każdy członek grupy potencjalnie styka się codziennie (bo jest to: ojciec, sąsiad, pani z piekarni itd.) jego naturalny autorytet musi pozostać niezachwiany, a podejmowane przez niego decyzje i głoszone opinie są pod stałą kontrolą – odpowiedzialność rodzinna lub towarzyska jest często większym batem niż odpowiedzialność karna. Niemniej jednak lider niższego poziomu uczestnicząc w wyborach wyższego poziomu podejmuje decyzje suwerennie.


Systemowe ograniczenie liczebne składu członków poszczególnej grupy, a także konieczność liczenia się liderów poszczególnych grup z każdym głosem powinno zapobiegać większym patologiom - nawet jeśli coś jest załatwiane pod stołem to w określonej ograniczonej grupie 32 osób, a więc wiadomo kto, gdzie i z kim, więc łatwo jest określać osobistą odpowiedzialność. Jednocześnie zasada sprzężenia zwrotnego umożliwia zainteresowanym podjęcie bezpośredniej aktywności – i im wyżej jesteś na piramidzie, tym więcej konkretnych znanych z imienia i nazwiska ludzi, może cię rozliczyć. Jednocześnie struktura piramidy odsiewa przypadkowe osoby na coraz wyższych stanowiskach i wydaje się zmuszać do wyboru na wyższe stanowiska mądrzejszych lub skuteczniejszych od siebie.


Minimalne zaangażowanie, jakie jest wymagane na najniższym poziomie to konieczność wyboru człowieka wartego zaufania ze swojego najbliższego otoczenia. Sprawowanie władzy na coraz wyższych poziomach wymaga konsultacji i utrzymywania kontaktu tylko z 62 osobami (31 z poziomu niżej i 31 z poziomu wyżej). Konstrukcja ta wydaje się być naturalnym systemem referendalnym i skutecznym sposobem wymiany i kształtowania się poglądów (opinii społecznej niezafałszowanej przez sondaże) oraz odpowiedzialnym podejmowaniem decyzji.


Jeśli nałoży się na to konieczność przejścia testu kompetencji ze znajomości prawa dla liderów grup poszczególnych poziomów chcących wejść na wyższy poziom (na poziomie 2 byłaby to konstytucja, na wyższych ustawa o podatku VAT, ustawa o zmówieniach publicznych, traktaty międzynarodowe itd) to mielibyśmy także wzrost świadomości tworzenia i jakości uchwalanego prawa.


W sytuacjach kryzysowych (klęski żywiołowe: powodzie, trąby powietrzne, osuwiska itd.) struktura piramidy (gdzie wszyscy znają wszystkich i mogą się komunikować z najwyższymi władzami poprzez wykonanie co najwyżej 2-3 telefonów) z jednej strony umożliwiałaby szybką samoorganizację od dołu jak i czytelną dystrybucję pomocy płynącej z góry (a także czytelny nadzór na tą pomocą).


Całą strukturę łatwo przykrywa się systemem informatycznym opartym o system PESEL. Taki system staje się naturalną platformą (niestety bardzo zużyte słowo) do głosowania i przeprowadzania kampanii wyborczej (koniec z pieniędzmi na idiotyczne spoty i billboardy).


Oczywiście największą wadą/zaletą (zależy od punktu widzenia) takiego systemu jest zepchnięcie partii politycznych do poziomu klubów dyskusyjnych, a także wytrącenie samozwańczych elit politycznych z ich wież z kości słoniowej.. System taki także znacznie zmniejszałby znaczenie władz centralnych i wzmacniał władze lokalne – zapewne większość ludzi podejmując decyzje chciałaby, aby ich podatki były wydawane w ich regionie/gminie i dyskusja na tym poziomie byłaby najgorętsza. Niemniej jednak struktura piramidy daje czytelną możliwość realizacji projektów centralnych (ogólnokrajowych).


Jeśli pójść na całość i prawo wyborcze zarówno czynne jak i bierne przysługiwałoby dopiero liderom powszechnym (poziom pierwszy - i przypominam byłoby to tylko ok. milion osób i to w dodatku zdeterminowanych - choćby tylko towarzysko lub rodzinnie  - do udziału w życiu publicznym), najprawdopodobniej mielibyśmy do czynienia ze 100 % frekwencją w każdych wyborach, a to oznacza koniec cudów frekwencyjnych.



Co do kosztów to wydaje mi się, że wystarczające pieniądze znalazłyby się w kasie z której finansowane są partie. Poza wszystkim cała koncepcja nie musi naruszać ani istniejących instytucji, ani istniejącego porządku prawnego. Jest po prostu próbą odpowiedzi na powszechne „potrzebna jest zmiana ordynacji wyborczej”. Może istnieć obok funkcjonujących rozwiązań stanowiąc tylko w rękach wyborców filtr w procesie wyłaniania kandydatów do sprawowania władzy i zastępując partie polityczne.


 


Podsumowując:


Samorząd lokalny jest wybierany w powszechnych tajnych wyborach spośród liderów lokalnych. (W ramach ewolucji systemu można by było zaryzykować nie wybory powszechne, ale tylko wybory spośród liderów lokalnych gdzie wyborcami byliby tylko liderzy powszechni – milion liderów powszechnych, który posiada pełnomocnictwo wszystkich uprawnionych do głosowania wybiera spośród 32768 kandydatów/liderów lokalnych)


Parlament, jako instytucja która tworzy prawo wybierana w wyborach tajnych jest przez liderów lokalnych spośród liderów regionalnych.


Rząd jest tworzony przez liderów regionalnych spośród liderów krajowych w wyborach jawnych.


Prezydent wybierany jest w wyborach bezpośrednich przez wszystkich i spośród wszystkich. Urząd prezydenta wraz ze swoją inicjatywą ustawodawczą, prawem do ułaskawiania itd. byłby w tej konstrukcji czymś w rodzaju rzecznika praw obywatelskich i NIKu. czyli strażnikiem działań podejmowanych przez poszczególne poziomy piramidy. A same wybory stałby się tym czym powinny być w rzeczywistości – plebiscytem na Polaka pięciolecia :-).


 


Diabeł oczywiście tkwi w szczegółach (powszechne wybory dopiero od poziomu liderów powszechnych?, geografia okręgów wyborczych? kadencyjność liderów?, deklaracja przekazania głosów poprzez system PESEL? korzyści (ulgi podatkowe?) płynące z bycia liderami poszczególnych poziomów? możliwości i mechanizmy korupcji?).


Co do samego sensu korupcji (nadużywania stanowiska w celu odniesienia prywatnych korzyści) to konstrukcja struktury piramidy oznacza, że wszyscy jesteśmy skorumpowani i działamy w interesie swojej konkretnej grupy. Czym to się więc różni od tego co nazywamy po prostu polityką?


Wydaje mi się, że „demokratyczna piramida władzy ze sprzężeniem zwrotnym” (albo inaczej „demokratyczny system mafijny dla każdego” lub „demokratyczny feudalizm”) bezpośrednio buduje coś, co ktoś kiedyś próbował nazywać „społeczeństwem obywatelskim”. Ze względu na „namacalność” władzy zmusza raczej do współpracy niż partyjniactwa, jest filtrem wyborczym odsysającym nieudaczników i samozwańców od ludzi godnych zaufania – czymś w rodzaju pokojowego odpowiednika 2 mln sztuk broni automatycznej, która znajduje się w rękach obywateli USA i powstrzymuje tamtejszych prezydentów przed jawnym przeginaniem pały. Władza jest na wyciągnięcie ręki – jeden telefon dzieli Cię od radnego, dwa telefony od posła lub prezydenta miasta, trzy telefony od premiera.


Jak pisałem na wstępie jestem amatorem politycznym z "pierwszego poziomu" piramidy i jako laik nie jestem w stanie ocenić skuteczności, realności lub absolutnej naiwności tego pomysłu, a i sam pomysł jest tylko efektem zarwanej nocy. Jednak obecny czas przed wyborami i tworzenie list wyborczych przez partie polityczne wydaje mi się, właściwą chwilą, żeby zawracać Wam tym głowę i spróbować pomyśleć o tym, co może dać się zmienić. Proszę Was o opinie.


 jazzking


 


 



jazzking - pozostałe wpisy