Pokój - 5. Elementaria nr 2

5. Elementaria nr 2

Historia lubi się powtarzać, najwyżej zmienia wystrój; według tej reguły Boguta trafił do sali, która wyglądała jak dawna klasa. Samotnie rozstawione krzesełka przy pojedynczych stolikach, przypominających mini katedry. Każdy z elementarzystów miał przed sobą Skyboxa w zminiaturyzowanej wersji, na ścianie wisiał Skybox w najbogatszej opcji MacCube, tak na wszelki wypadek, gdyż naturalnym było, że w Elementarii pełna wersja MacCube jest dmuchaniem na zimne. Po katedrach rozsiedli się młodzi adepci, wyglądali przeróżnie, ale ich twarze wyrażały jedno: „chcę do domu”. Komunikat zastygł na zagubionych obliczach i trwał w niezmienionej postaci drugi miesiąc, drugiego semestru, czyli prawie cały rok Elementarii.
Ermafrodyta z podniszczoną dermą, zamiast naturalnej powierzchowności, krzątał się wokół rozłożystego plastikowego biurka i było mu wszystko jedno, co usłyszy po przeciwnej stronie. Przeciwność rozumiał dosłownie, w każdej katedrze widział przeciwnika, z którym musiał się obchodzić, jak z jajkiem, jak z oczkiem w głowie, jak ze skarbem największym. Od miłości do przeciwnika, od troski największej zależał byt Syriusza Magnata, który właśnie rozejrzał się bez nadziei po całej sali. Jednym spojrzeniem ogarnął wszystkie mało rozgarnięte, znudzone, złośliwe, w najlepszym razie, obojętne miny. Zbyt wiele czasu spędził na stanowisku, aby uwierzyć, że wydarzy się inaczej niż dzieje się zawsze. Pomimo zastygniętej rozpaczy i wołania o powrót do domu, adepci nie byli sparaliżowani, twarze krzyczały swoje lęki, ciała i umysły naśladowały wszystko, z wyjątkiem poleceń jakie wydawał instruktor Syriusz Magnat.
– Proszę wcisnąć literę „p” – Syriusz darł się i jednocześnie posyłał niezwykle miły, spokojny, przyjazny ciąg słów. Krzyczał uprzejmością, wyrozumiałością i chyba z lekką obawą czy mimo wszystko nie krzyczy nazbyt agresywnie – słowem kochał przeciwnika. Sala odpowiedziała serią nieadekwatnych gestów i słów, powstał harmider, adepci wychylali się przez katedry, zaglądali do Skyboxów z sąsiednich stanowisk. Inni beztrosko rozłożeni w krzesełkach nie robili nic. Następni odwróceni do siebie rozmawiali na ulubione tematy, kolejni mlaszcząc przeżuwali otrzymywane na przerwach posiłki. Tylko na kilku katedrach wyskakiwały, jak bąbelki na wodzie, wielkie litery „P” i wtedy nie-twarzowa derma Syriusza grymasiła jako takim zadowoleniem.
– Na „p” jest partner – z ostatnich rzędów katedr, z całej siły krzyknęła mała adeptka. Ledwie było ją widać, dlatego starała się zaznaczyć swoją obecność donośną pochwałą własnej wiedzy. Wzbudzała tym jakiś rodzaj szacunku, może zazdrości, przynajmniej u części adeptów. Jej głos w żaden sposób nie przystawał do jej wyglądu, od małej Karli tylko Skybox czynił większe cuda z dźwiękiem.
– I co jeszcze? – podchwycił Syriusz, przebijając się przez wszystkie głosy i odgłosy.
– Prezent, prezent, prezent – wydzierał się niewiele większy od Karli adept, ale poza Syriuszem nikt go nie słyszał, nie miał tej pary, ani charyzmy, którą tak wdzięcznie dzieliła się Karla.
– Carletta – palnął grubasek z pierwszej katedry i sala pierwszy raz wykonała polecenie, jakiego nikt nie wydał. Śmiali się wszyscy i bez litości. Powagę zachował tylko Magnat, nigdy nie śmiał się z adeptów, doskonale wiedział czym się kończą podobne wybryki. Wziął się za porządki, z przesadnym zaangażowaniem; sam fakt, że na jego wykładzie dochodzi do gorszących scen uznał za wystarczające zagrożenie.
– Bardzo proszę, bardzo proszę. Przypominam, że Buonarotti ma Metrykę Niemożności Szyku. Bardzo dobrze Buonarotti, bardzo dobrze – Magnat ratował sytuację skupiając się na obronie adepta, kompletnie nie zajmował się prostowaniem absurdalnej odpowiedzi. Instruktor Syriusz Magnat wypracował własny model postępowania, który dawał mu prawie pełną gwarancję zachowania pozycji. Nie przejmował się poprawnym przekazywaniem elementarnej wiedzy, z tego nikt go nie rozliczał, cały proces był formalnością. Jedyne zagrożenie stanowili sami adepci i opiekunowie. Urażeni, dotknięci, czujący dyskomfort i brak akceptacji dla swoich niedoskonałości, z którymi nie zamierzali się zmagać, byli zdolni doprowadzić do rozpaczy i usunięcia za stanowiska każdego, choćby najbardziej ostrożnego instruktora. Syriusz był niezwykle zapobiegliwy, a tam gdzie obawiał się większych niż codzienne zagrożenia, odsyłał adeptów i opiekunów do nieśmiertelnego alibi instruktorów – Kanonu Niemożności.
– Carletta Perkins nie jest na „p”, Syriusz się pomylił, Syriusz się pomylił, głupi Syriusz, głupek – rechotał i bezceremonialnie deptał priorytety instruktora największy, najgrubszy i najbardziej pewny siebie Natan Mikosz.
– Uraziłeś, uraziłeś – zaniepokojona i ta sama Karla, która pierwsza wykrzyczała co jest na „p”, znów zwracała na siebie uwagę.
– Przypominam, że Natan ma Metrykę Niemożności. Karla pamiętasz jaką? – Syriusz w miłosnym pojedynku z przeciwnikiem dokonywał cudów. Atak na siebie przyjął bez słowa, skupił się na jednoczesnej obronie agresywnego Natana i prosił, by nadgorliwa Humanka nie sprawiała kłopotów. Poruszał się w tych zawiłościach niezwykle sprawnie, wiedział jaki ruch ma wykonać i znał kolejne posunięcia, w kilku wariantach.
– Nie pamiętam – odpowiedziała, już pokorna adeptka.
– I bardzo dobrze, bardzo dobrze, to normalne przy Niemożności Koordynacyjnej. Przeproś Natana, na pewno jest mu przykro, nie jego wina, takie są objawy Niemożności Szyku i Niemożności Zrównoważenia Asertywności.
– Gówno! Nie przeproszę grubasa – prawie płacząc, protestowała Karla.
– Bardzo dobrze, bardzo dobrze, przypominam, że nie wolno, nawet za zgodą Karli, mówić o jej osobistej Metryce, będziemy się tym zajmować dlaczego nie wolno, teraz proszę zapamiętać, że nie wolno i już. Wciskamy literkę „p”. Wciskamy, wciskamy.
Ermafrodyta miotał się między Metrykami, przykładał do tego zajęcia olbrzymią wagę, litera „p” była zaledwie dodatkiem do wykładu i bardzo ewentualnych ćwiczeń. Na sali nadal wrzało, nawet bardziej niż wcześniej, do zwyczajowych szmerów i wygłupów, doszły świeże konflikty. Trzeszczały katedry, drżała podłoga, adepci tłukli w blaty, tupali nogami, mlaskali posiłki, wydzierali się na siebie, drwili z Syriusza. Karla odgrażała się Natanowi, Natan poniewierał instruktora, reszta zmęczona waleniem w katedry i podłogę, z zazdrością przyglądała się tej nowej zabawie, a z czasem więcej niż połowa sali zaczęła naśladować lub wymyślać własne spory. W sam środek wrzącej gromady wszedł wysoki, szczupły i wymuskany Ermafrodyta, był dobrze ubrany i od razu dało się wyczuć, że musi być kimś ważnym w Elementarii, może najważniejszym. Syriusz zauważył gościa, ale nadal obojętnie wisiał na swoim biurku, kliku adeptów w całym zamieszaniu dostrzegło, że dzieje się coś nowego, jednak w żaden sposób nie zareagowali.
– Cześć, powiedz mi mój drogi, jak będzie z tym piątkiem? – spytał wymuskany Ermafrodyta, nie przejęty zastaną scenerią i akustyką.
– No nie wiem, Lama, nie mam pojęcia, jak trzeba będzie to przyjdę – Syriusz przebijał się przez harmider, z ostrożną odpowiedzią. Nie narażał się adeptom, unikał spięć z opiekunami, nie chciał też żadnych problemów w relacjach z przełożonymi, chociaż tę ostatnią zapobiegliwość traktował najmniej rygorystycznie.
– Trzeba, nie trzeba, gdyby jednak, można na ciebie liczyć, Syriuszu? – Lama Strop nijaki z wyglądu, rozejrzał się po sali i lekko zmarszczył dermę na nosie, po czym szybko odwrócił głowę i skupił się na rozmowie z instruktorem Magnatem.
– Jasne, Lama, przyjdę, rektorowi Elementarii się nie odmawia.
– Dobre. A powiedz mi… a nie, coś mi się pomieszało. Dziękuję ci bardzo Syriuszu – Lama zawinął się na pięcie i zmierzał do drzwi, gdy nagle zrozumiał, że powinien okazać więcej wdzięczności. – Wiesz, mam fajny adres kosmetyka, gdybyś potrzebował czy coś, daj proszę sygnał – szybko prześwietlił sfatygowaną dermę Syriusza i wyszedł z sali.
– Karla ma Integrację – wrzasnął upokorzony grubasek Natan, który tracił argumenty w kłótni z małą adeptką z ostatnich rzędów katedr.
– Natanie wykorzystujesz swoją Metrykę w niewłaściwy sposób, tak nie wolno nawet tobie. Przeproś Karlę – napominał Syriusz. – Skoro już mowa o Integracji, przypomnijmy sobie, że każdy z nas jest dla nas najważniejszy. Jesteśmy równi, jednakowo wysocy, tak samo niscy, nie ma grubych i chudych. Jesteśmy zintegrowani – Instruktor w ostatnim słowie oddzielił każdą literę.
– Gówno, głupek, gówno – wściekał się grubasek, policzki mu falowały nienaturalnie, potrząsał cała twarzą, walił piąstkami w sam kant plastikowej katedry. Był przy tym tak zapiekły, że zupełnie nie czuł bólu, wrzeszczał i czerwieniał na twarzy.
– Głupek, gówno, głupek, gówno – zaczęła wtórować sala.
– Dobrze, proszę nacisnąć literkę „r” – Syriusz odwracał uwagę, niewybredne występy adeptów potraktował zawodowym spokojem, stare żarty nie robiły na nim większego wrażenia. Dbał o własny interes, byle się nie narazić i nie przeoczyć Niemożności, na resztę machał ręką. Wyglądał jak ktoś, kto muchy nie skrzywdzi, nawet jak mu usiądzie na nosie i będzie spacerować od czubka po skronie, tam i z powrotem. Zachowywał pozory, w istocie bardziej bał się o własny nos niż przejmował losem muchy. Najpierw go przeszkolono, potem sam się nauczył, że inaczej się nie da i nie wolno.
– Małą czy dużą? – spytał Boguta.
– Nie komplikuj Boguta, po prostu wciśnij – pouczył Syriusz i zaraz się zastanowił czy nie posunął się za daleko, zabrzmiał jakoś szorstko. – Wszyscy wciskamy!
Wyskoczyło kilka bąbelków, małe i duże litery, żadna z nich nie przypominała „r”, nie licząc starych „p”, które świeciły po ostatnim poleceniu. Boguta obejrzał żałosny wynik i wcisnął właściwą literę, zmieniając jej wielkość z małej na dużą, w jednakowych odstępach czasu. „R” pulsowało po całej sali i przed oczami Syriusza, okazując pełną wiedzę i satysfakcję. Instruktor wyprężył grzbiet, odepchnął się od biurka, wstał na równe nogi, wyrównał oddech i zrewanżował się złośliwie:
– Boguta otrzymujesz instrukcję. Zgłosisz się po diagnozę do Kanonu Niemożności, opiekunowie otrzymają stosowne informacje. Wygląda na to, że cierpisz na Niemożność Skali Graficznej – powstrzymywał złośliwy ton, ale przed złośliwym uśmieszkiem nie potrafił się powstrzymać, drobne odreagowanie, od czasu do czasu, musiał sobie zafundować w przeciwnym razie, nawet on, nie wytrzymałby w Elementarii. Syriusz był obojętnym zawodowcem, rutyniarz pełną dermą, beznamiętnie podchodził do klęsk i upokorzeń, nie godził się tylko na jedno, aby bezsensownie komplikować mu wykłady, ponadprogramowymi spostrzeżeniami, uwagami i co najbardziej niezrozumiałe, nieuzasadnioną dociekliwością. Szczególnie zwalczał pytania na temat, wiedział, że to się nie może skończyć inaczej niż wielkim zamieszaniem. Przez ambicje jednego nieodpowiedzialnego adepta cierpiała cała sala i cierpiał Syriusz. Boguta nie pierwszy raz dostarczał argumentów, aby się uciążliwemu adeptowi poważnie przyjrzeć, wreszcie niesforny indywidualista doczekał się instrukcji, dając Magnatowi odpowiedni pretekst. Pulsująca litera „R” była klasycznym objawem Niemożności Skali Graficznej, wystarczyło z archiwum Skyboxa wydobyć ten fragment wykładu, w którym adept zdradza objawy, dołączyć odpowiedni formularz i problem przestawał istnieć.
W sali zagrzmiała „Oda do radości”, adepci poderwali się machinalnie i z pełnym piskiem wybiegli na wolność. Przechodząc przez drzwi zaliczali szybkie zabiegi plastyczne, z twarzy znikała skorupa komunikatu: „chcę do domu” i pojawiały się promienne miny, większość w kształcie ulubionych Interakcji Skyboxa. Z tłumu wyróżniał się Boguta, wstał wolno, leniwie i mało szczęśliwy powłóczył nogami do samych drzwi. Nie chciał patrzeć na Syriusza, szedł z odwróconą do ściany głową, minął instruktora bokiem pokazując plecy swojemu wrogowi; od dziś wrogowi, wcześniej zwyczajnie za Syriuszem nie przepadał.
Boguta wbił się w fotel elementarnego autobusu, przyłożył głowę do szyby i w ten sposób protestował, nie godził się na takie traktowanie. Nie potrafił nazwać tego, co mu uczyniono w Elementarii nr 2, wiedział tylko tyle, że spotkała go straszna krzywda ze strony Syriusza. Chociaż to niemożliwe, widział jak spocona derma Syriusza przybiera wredne kształty, okropne miny i fałszywe pozy. Twarze Ermafrodytów nie mogły wyrażać, democorium ograniczało mimikę do oszczędnych uśmiechów, bardziej przypominających koślawe rysunki adeptów Elementarii niż uwolnioną emocję. Unifikacja twarzy nie była warunkiem zmiany biostatusu, jednak na całym Kontynencie, jednym i drugim, próżno szukać Ermafrodyty, który miałby naturalną twarz, właśnie po democorium rozpoznawano Ermafrodytów. Każdy Human, który zmienił biostatus chciał być rozpoznawalny w nowej uprzywilejowanej postaci, w ten sposób Interpretacje Skypaxu zbiegały się z ambicjami pozyskanych Ermafrodytów. Boguta wiedział, że widzi rzeczy niemożliwe, jednak widział je wyraźne, może działo się tak dlatego, że derma Syriusza była wyjątkowo niechlujna, starej daty i długo nie regenerowana. Może mięśnie wygrywały ze zmęczonym materiałem, może wyobraźnia młodego Ollera wywołała niewykonalne odruchy Magnata. W każdym wypadku i we wszystkich łącznie, nie ulegało wątpliwości, że Syriusz miał wredną dermę i był wrogiem.

Uruchamiam sprzedaż powieści "Pokój", dwa rozdziały, które wkleiłem i mam nadzieję, że na zachętę, oddają niewielką część tego co w formie i treści starałem się poukładać. Nie jest to powieść fantastyczno-naukowa, ta forma jest jedynie bladym tłem, które w książce praktycznie znika, ponieważ treścią jest traktat socjologiczny. Najkrócej rzecz ujmując usiłowałem przestrzec, tak jak potrafię, przed lekceważeniem nadchodzących zmian, na nowo definiujących to, co od wieków było nienaruszalne.

Książkę można nabyć anegdotyczną drogą kupna. Na przelewie proszę dopisać "Pokój" i KONIECZNIE PODAĆ ADRES MAILOWY. Cena sugerowana 50PLN, ale wiem jakie są parszywe czasy, dlatego wszyscy, którzy chcieliby przeczytać, jednak cena nieco odstrasza, mogą cenę uregulować do swoich możliwości, nie będę z tego tytułu czynił żadnych problemów, bez względu na kwotę. Zapraszam i dziękuję za wsparcie!

Konto Mbank:

PL65114020040000310233128362

lub konto PalPay





4.38
Twoja ocena: Brak Średnia ocena: 4.4 (8 głosy/głosów)