warning: date() [function.date]: It is not safe to rely on the system's timezone settings. You are *required* to use the date.timezone setting or the date_default_timezone_set() function. In case you used any of those methods and you are still getting this warning, you most likely misspelled the timezone identifier. We selected 'Europe/Berlin' for 'CEST/2.0/DST' instead in /home/admin/domains/kontrowersje.net/public_html/archiwum/themes/kontrowersje/node.tpl.php on line 86.


Autobiografia. Szybko, wypisywać się! Cześć druga

Na taki prąd wydarzeń, jako żarliwy pragmatyk - kim to ja już w życiu nie byłem - pozwolić sobie nie mogłem. Zacząłem poddawać wzmożonej intensyfikacji zastany porządek świata, a gdy po chwili zrobiło się to nudne, skupiłem się na swojej powierzchowności. Powierzchowności ledwo wystającej sponad ogromu ziemskiej powłoki, choć nieskromnie wypada mi przyznać, wystającej z brawurowo zapartym tchem. Ja, który między zajmującymi mnie troskami potrafiłem godzinami rozważać najdonioślejsze problemy ludzkości, każdego dnia zresztą inne. Do dziś wrodzona duma nie potrafi otrząsnąć się ze wspomnienia szczytu mojej myśli romantycznej z tak zgrabnie wkomponowanym akcentem ogólnego przywiązania do macierzy, przy tym zupełnie bez konieczności zarzucenia ostoi zdrowego rozsądku.


W sumie to nic takiego. Ach, drobiazg, nie ma o czym mówić. A było to tak. Szybkim krokiem zbliżała się konieczność najserdeczniejszego podarunku z okazji na Dzień własnej Matki. Było to akurat w przededniu no i kompletnie nie miałem pieniędzy. Jednym stuknięciem w głowę rozmroziłem zapomniany talent poetycki i z nieudawaną nonszalancją się rozsiadłem. Mnogość zaistniałych jednocześnie tytułów powoli dawała mi się w znaki, ale nie wstałem, tylko wywróciłem oczami... (tu mi się natychmiast przypomniał kolejny patent, o skandalicznie niewykorzystanym potencjale, który rozsyłałem swego czasu i do dziś rozsyłam po wszelkich redakcjach fachowych, a także czarnobiałą ulotką za kompletną darmochę:'' Jak zrelaksować grymas w obliczu potwornego lęku przed zbliżającym się niespodziewanie atakiem zewsząd''. Dotychczas nikt tego nie wykorzystał. Kto wie, jak potoczyłyby się losy współczesnych wojen, gdyby postąpiono podług mojego przepisu. Jest on prosty i do wykonania na każdym polu bitwy lub w dobie globalnego zagrożenia. Wystarczy mieć oczy z działającymi powiekami, kawałek wystającego języka oraz pełną nad nimi kontrol, choć osobiście wolę kontrolę. Istnieją dwie wersje patentu. Pierwsza jest mniej zaawansowana i dla osób niepewnych co do istnienia swojego lęku. Otóż bierzemy nogi i zamiast za pas - stajemy nimi. Pozycję uzupełniamy o lekko wzmożony rozkrok i natychmiast o nim zapominamy. Teraz buzia. Napinamy się nią i utrzymujemy w relatywnym bezruchu wszystko prócz oczu i języka, ale o tym za chwilę. Wywalamy język - własny! - z buzi z całej siły, ale w żadnym razie nie otwieramy ust, które pod wpływem ciosu od wewnątrz tworzą na otoczeniu wrażenie wściekłej gulki. Tak zaskoczonym językiem błądzimy po policzkach, które w tym celu wydymamy gromadzonym powietrzem. Otrzymane w ten sposób wrażenie bratobójczo toczącej się walki w samym środku ust podtrzymujemy zagrzewaniem języka podgryzaniem jego krawędzi. W tym samym czasie błądzimy oczami jak gdyby po przekątnej do języka, czyli język stuka o lewy polik, my wywracamy oczy w prawą stronę. Ważne, żeby cały czas pamiętać, iż ciało, poza wspomianymi wyjątkami, utrzymujemy w absolutnym bezruchu: drgają tylko oczy, język i poliki pod jego naporem. Szturm kontunuujemy aż do całkowitego minięcia zagrożenia, względnie i co najbardziej prawdopodobne statystycznie - do bezwarunkowej kapitulacji agresora. Oraz wersja druga, nowocześniejsza wersja 2.0, do przerwy dla przeciwnika trudnego, do zastosowania wyłącznie w sytuacjach bez wyjścia i wyłącznie przez absolutnie pewnych swojej troski oraz zdolnych do jej przearcydokładnej lokalizacji i zdefiniowania. Mianowicie. Usztywniamy ciało jeszcze bardziej i kierujemy jedno, a najlepiej oba oczy w lekkiej - w stopniu nie większym niż potrzebnym do zasiania przeraźliwego zdumienia - rozbieżności, tak że tylko w przybliżeniu jesteśmy punktowo od siebie bez ani mru mru w markotnym stylu spotkani, spotkani jakby mniej więcej w tym punkcie z łapczywym spojrzeniem przebudzonego muchą samuraja. Rozkrok z wersji łagodniejszej zwiększamy do pierwszych oznak wystąpienia wytrzeszczu, który z godnością, ale w sposób jednoznaczny wciąż starannie kultywujemy. Teraz najważniejsze. Na bazie powyższego unieruchomionego spojrzenia w dal wykonujemy gwałtowne ruchy głową w lewo - i zaraz potem z całej siły w prawo, cały czas nieprzerwanie patrząc w jeden i ten sam punkt. Uwaga, bo to jest istota przerażenia przeciwnika i wzięcia go z zaskoczenia w otchłań ucieczki: punkt oparcia naszego spojrzenia nie zmienia się ani o milimetr, mimo sążnistych ruchów głową podtrzymujemy go bez mrugnięcia siłą woli i pragnieniem wygranej. Bezruch źrenic w rozszalałej na obie strony głowie można okrasić synkopowatymi strzałami z języka w oba nozdrza, najlepiej nozdrza oddalajacego się przeciwnika, byle z tym nie przesadzić. Przeciwnik bowiem ceni konsekwencję w działaniu o wiele bardziej niż się powszechnie wydaje i wszelkie wybryki mogą mu dodać animuszu a nas zbić na kwaśno z tropu. Po tak wygranej bitwie rozciągamy sztywne członki i kwestujemy na budowę muzeum naszego zwycięstwa. W ramach pierwszego daru oddajemy mu nasze zszargane oczy i zmartwiały czubek języka. Zmasowaną krytykę piątej kolumny, która cały czas stała z boku i w boju nie pomogła, zbywamy uwcześniej przygotowanym okolicznościowym wierszem:


A wokół ucha
wokoło szyi
czai się skrucha
po Kołomyi


wysłać tam dziatwę
zagoić pracą
za życie łatwe
tych, co się szmacą


co w boju fałszem
prawdę stracili
daj w łeb kałaszem
niech zło zakwili


dałem wam oczy
oddałem oczęta
to się nie kończy
walka zaczęta!


pilnie jednocześnie sprawdzając, czy wiersz dałoby się bez strat dla zachowania rytmu metafor na stałe wmurować tabliczką upamiętniającą - o nieprzesadnej ornamentyce, tak tylko, by na wszelki wypadek starczyło na zapas - ów oddany przez nas bez chwili wahania, a podarowany całemu, z paroma ledwie wyjątkami, narodowi wzrok, tak przecież przez nas w ofiarnym wymiarze utkwiony w boju w dalekosiężnie odległy punkt ostatecznego zwycięstwa, któremu - przy okazji, wiwatujemy: Niech żyje Polska. Niech żyje Polska i trzy jej zjednoczone stany - po chwili zastanowienia świadomie i bez cienia najmniejszego fałszu skromności umniejszamy rangę na polu chwały [stąd ta ''walka zaczęta'' i że ''to się nie kończy'', mimo że faktograficznie jest to bzdura jakich świat nie widział].
Zastanawiamy się również, czy z refrenu nie można by zrobić jakiegoś chwytliwego credo dla wstępnych pokoleń, a jeśli nie, to czy da się go przekuć na pieśń i kto by ewentualnie mógł być odpowiednio ubranym wykonawcą. Na odchodne rzucamy ze smakiem niby nie o sobie, ale my dobrze wiemy o kogo chodzi: ''Może i nie zagrzał na szczycie miejsca, ale w miejsce inni go szczytem zagrzali. Cały naród go zagrzewał! Nikt w tej ważkiej kwestii nie okazał się być Żydem! Postać już historyczna, podobnie było za życia [tu mrugamy]. Co wiedział - zabrał ze sobą na pomnik, czego nie wiedział - zdążył za życia przekazać...''. Tak w skrócie wygląda ten patent, który złożyłem w najlepszej wierze, złożyłem go ponad dwa lata temu w MON-ie - i cisza. Nie jest to zadziwiające? Wracam do matki i wiersza, w sensie metaforycznym rzecz jasna.) ...a zaraz potem wywróciłem się caly. Kolejny raz rzeczywistość postawiła mnie w głupiej sytyuacji, ale dzięki wrodzonemu wyczuciu cierpliwości zdążyłem się bez wahania entuzjastycznie zaadaptować.


Już bym prawie zapomniał o tym jakże bożym dniu Matki, ale matka by mi nie dała... Skąd ja wezmę dla niej ten wiersz? Z... głowy chyba. Na razie mam same tytuły, z których większość odrzuciłem na gruncie przyzwoitości. Tak został mi tylko jeden i ten po namyśle właśnie wybralem. Prosiłbym się tytułem nie zrażać, tytuł to dopiero początek. W tym tytule postanowiłem po prostu zawrzeć wszystko, tym bardziej że nic więcej nie miałem. Ale ale. Jest dla wszystkich zgromadzonych chyba oczywiste, że im mniej dostępnej treści, tym więcej pola do popisu dla wyobraźni. Zanim więc skrytykujesz człowiecze, zobacz, czymś sam obsadził ciszę po tytule. Zamilkłeś po jego usłyszeniu na dobre? To co się innym dziwisz? Włożyłem wystarczająco serca i wysiłku już w sam koncept tytułu, ażeby oddał niepowtarzalność rodzicielstwa i jego zupełną wyjątkowość: na razie matka może być tylko jedna, pomimo potencjalnej obfitości domniemywanego ojcostwa. W tym tytule zawarłem także swój światopogląd i swoiste bieguny matczynej natury, jej cielesną poetyckość, jej radość w bólu i pragnienie odcięcia pępowiny (ale tylko w wymiarze faktycznym). Nie byłbym też sobą, gdybym nie pozwolił sobie na odrobinę poczucia rzeczywistości, stąd i dlatego: ''Czar-czarownej-łechtaczki''.


Jest w tym tytule wszystko. Jest czar. Jest czarowność. Wreszcie jest i łechtaczka. Jedyna na świecie, matczyna. Jedyna łechtaczka, która powinna nas łączyć z ojcem. Tak to sobie wyobrażam i poddaję wnikliwemu osądowi publicznej debacie. Dodam, iż wiersz ów podarowałem/podaruję mamusi w sposób jednoznaczny oraz w wykonaniu własnego odczytu, osobiście i nie przez telefon. A jak być może wcześniej wspominałem, z osiedlowym akompaniamentem rozległej ciszy przy uroczystym rozbrzmieniu domyślnych fanfarów, ale to już ze strony wzruszonej mamusi.


Dzień dobry, co może oznaczać, iż jestem naiwny i głupi, lecz chciałbym głupotę tę w coś pięknego uroczo oprawić. Ma ktoś to coś na składzie? Mogą być szerokie ramki rzeczywistości, tak w ramach między nami, jeśli się pomieścim. A sumując przeżycie: życie to pseudointelektualny przekładaniec z emocjonalnym wstawiennictwem banału, do okresowego podleczenia natręctwem zwierzeń. I ta wszechobecna przytomość religii na podorędziu! Pośród wielu innych rzeczy rzeczywistość mnie kaleczy, ale nie w nią wiara. Jako ''żarliwy pragmatyk'' stąpam mocno po ziemi i cały się czas po zakątkach rozglądam, czy się przede mną przypadkiem bądź nie nie rozstąpią. Ludzkość wtedy podejrzewa, że mam katar, a ja tylko nerwowo wydmuchuję chwilowy nadmiar szczęścia, którego podczas wciągania tak dotkliwie mi brakuje, a na który – to już raz – często wieczorami lubię psocić, zarzucając mu wszystkie klęski mijającego dnia i charczyście złorzecząc kolejnym.


Jeśli prawdę głoszę - co wymyśliłem - że umieramy, by zapłacić za ciepłotę za życia i w ten sposób wyrównać porządkowi rzeczy chłodem po śmierci, to jest to jest znacznie lepsze niż wieczna śmierć w wiecznym chłodzie. Wieczność może sobie obojętnie na chłód pozwolić, gdyż na wszystko zawsze ma czas. Dla nas wieczne życie jest niemożliwe, ponieważ samo z siebie oznaczałoby raczej wieczną śmierć, co byłoby wewnętrznie sprzeczne i z naszego punktu widzenia dość głupie. (Czy ktoś, kto tak myśli może być durniem?). Lepsza zatem krótkotrwała ciepłota ciała i duszy z wyrównującym rachunkiem na koniec niż przeklęty na wieki chłód za darmo. Szkoda tylko, że w pakiecie nie można wybrać sobie ciała, tak jak można się ciałem np. gdzieś wybrać. Z czasem ciało człowiekowi przechodzi. Paradoksalnie - przestaje się wtedy ruszać, choć dopóki się rusza, rusza go to, i to rusza go bardzo. Tak więc ciało jak i obuty w nie człowiek... Powiem to inaczej.


Jeżeli dusza jest, co się zdarza, perfekcyjnie dobrana do ciała, to po śmierci zaczyna z niego wystawać. Podobnie jak paznokcie, które wcale po śmierci nie rosną, tylko łudząco się wydłużają oklapnięciem kurczących się z żałoby opuszków. Czeladnicy rzeczywistości pochowani w kniejach złudzeń! Mitomaniacy w zbiorowym skupieniu! Paznokcie po śmierci nie rosną! Raz na zawsze zapamiętano? Moglibyście się też za moim przykładem ostatecznie rozprawić z grawitacją, bo nic mnie tak nie denerwuje, jak ta wszędobylska wprost przyziemność!


Jak zatem jest dobrze, jak dobrze, iż jest, że jest wszystko, a wszystko w życiu logicznie można wytłumaczyć. Uważam to za absolutne minimum przyzwoitości ze strony otoczenia wobec rozległych potyczek umysłu i za konieczną rekompensatę, wypłacaną przez rzeczywistość za jej skomplikowanie i odległość. Ale o tym za chwilę.


'); //-->'); //-->
6
Twoja ocena: Brak Średnia ocena: 6 (7 głosy/głosów)
Zostaw link w miejscach, które odwiedzasz lub/i skorzystaj z gotowych odnośników!

Dobry wieczór

6

Stanowczo Pan przecenia możliwości MON. Co Pani myśli, że oni tam mają koordynację ruchów opanowaną do perfekcji? Że w dzieciństwie wszystkie chodziły na rytmikę, akrobatykę i sztuki walk wschodnich? Nic z tych rzeczy, z Panem nie mają szans. Zresztą nikt nie ma, co tu kryć.


Zapamiętam, że:
- paznokcie po śmierci nie rosną
- dusza po śmierci wystaje.


Poszukam odpowiednich ramek do oprawy własnej głupoty, bez nich w dzisiejszych czasach ani rusz.


Wpisałam się (proszę podkreślić szlaczkiem).


Pozdrawiam, cześć, cześć


Za różne takie...


Cześć! Drugi raz na mi Cześć

portret użytkownika Jasmine
6

Cześć!
Drugi raz na mi Cześć się załapałam. Poprzednio pierwsza, tym razem druga. Przez to Cześć druga nie zdążyłam przeczytać a już musiałam się dopisać. Przeczytam potem, żeby nie być trzecia. Takie Cześć z Pana strony to zaszczyt. Nie omieszkałam skorzystać.
No to Cześć!


Wszyscy jesteśmy Aniołami z jednym skrzydłem. Musimy się mocno objąć żeby polecieć.


Lubimy ludzi, którzy bez wahania mówią to, co myślą, pod warunkiem, że myślą to samo co my.
Mark Twain


Ja mam tylko jedno pytanie:

portret użytkownika quackie
6

U kogo się Pan uczył pisać dygresje? Bo chętnie bym sam skorzystał, wydawało mi się, że potrafię się konkursowo zakopać, ale tak to nie, a Pan się jeszcze odkopał!


_________
Zarzucił staruszek sieć w morze. Odczekał, próbuje wyciągnąć.
Ciągnie ją i ciągnie i wyciągnąć nie może.
Aż w końcu odezwał się głos z nieba.
Powiedział "SIEĆ JEST OBECNIE NIEDOSTĘPNA".


Tradycyjnie miałem nie odpowiadać, ale Pan sam się poprosił

i niech będzie ku przestrodze.
Powinien Pan był zważyć, że cieszy się w tym miejscu jakimś tam autorytetem. Co prawda wyłącznie u kobiet, ale zawsze. Tym bardziej powienien Pan wziąć pod uwagę, że sakramencko wprowadza swoje pupilki w błąd. Sugestia o dygresji jest jak najbardziej, ale nie na miejscu. Gdyby Pan na przyszłość raczył spróbować dostrzec - zapewniam, że to wciąga - iż każde, każdziuteńkie zdanie jest tak samo ważne i nie ma tu ani najmniejszego powodu, ani szansy na największą nawet dygresję. Zdania tekstu mają charakter zmierzenia się z ogromem moich obserwacji i jako takie nie podlegają stopniowaniu, a już w żadnej dopuszczalnej interpretacji nie cechuje je kszta poboczności. Spodziewałem się, że spotkam tu Czytelnika, który obejmie wzrokiem cały wpis i donośnie zakrzyknie: Wszystek jest tak samo ważne!''. Jako praktyk nie mam złudzeń, mogłem spodziewać się najgorszego, ale Pan przekroczył wszelkie granice.


Widzę dla Pana jeszcze nadzieję, podaje jej wzór, może Pan mniej więcej przepisać, a najlepiej - slowo w słowo: ''Panie Yo la, odkrywco mej duszy i nie tylko. Tak się nie pisze, ale inaczej nie sposób. Pan jest tym, kim ja niestety nie będę, jak mogę Panu pomóc. Winszuję niedoczekany...'' i tu się Pan podpisuje, jak tam Panu leci.


Odważnych uprzedzam, że wyczerpałem na dziś limit tolerowania impertynencji i powyższa odpowiedź jest oczywiście - co zrozumiałe, nie dla wszystkich - ostatnią.


Tak będzie dobrze?

portret użytkownika quackie

Panie Yo la, odkrywco mej duszy i nie tylko. Tak się nie pisze, ale inaczej nie sposób. Pan jest tym, kim ja niestety nie będę, jak mogę Panu pomóc. Winszuję niedoczekany -


Quackie


PS. I bardzo przepraszam za metaforę z zakopywaniem i odkopywaniem, w świetle padającego jakże intensywnie śniegu ona przestaje być śmieszna, oj, przestaje.


_________
Zarzucił staruszek sieć w morze. Odczekał, próbuje wyciągnąć.
Ciągnie ją i ciągnie i wyciągnąć nie może.
Aż w końcu odezwał się głos z nieba.
Powiedział "SIEĆ JEST OBECNIE NIEDOSTĘPNA".


Co to miało niby znaczyć: ''Jak mogę

Panu pomóc''? Pan sugeruje, że potrzebna mi jakaś pomoc? A w czym, chciałoby się zapytać i rzuca się na usta. Pan się miał domyślić i akurat tego nie przepisywać! Pan miał tu wykazać inwencję. Dałem Panu szansę, wszyscy widzieli.
Skaranie boskie z Panem, no nie widzę przyszłości.


Próbowałam

portret użytkownika solano
6

Tej metody na zagrożenie. Język sobie poradził, nic mu się nie stało, ale oczy latają, nie wiem, co robić?


Nie wiem, czy moja dusza wystanie. Mam na pieńku, to znaczy, ona ma na pieńku, ale wolę nie zadzierać, to nie pytam, choć pytanie o wystawanie wydaje się być prostym i zgoła naturalnym.


Ale czy ona o tym wie - to nie wiem, i dobrze, że to nie ma znaczenia. Chyba?


Z oczami już trochę lepiej. Ale co z duszą? Łechtaczkę mam zapytać?


To po ile dziś powietrze?


Gdzie do MON

portret użytkownika Lukrecja
6

z takim patentem. Perły przed wieprze, doprawdy.
Kapitan Edmund Blackadder to by się na tym od razu poznał. A także Baldrick i the Honorable George Colhurst St. Barleigh. Jak sądzę.


prz ździałek świata

trlkum iii kum A jak 0odasz t0 Wźie4ć mni5 masz


Niezły patent na nieśmiertelność...

6

...ten brak perfekcyjnej precyzji w dopasowaniu duszy do ciała.


...Ginger Rogers w tańcu robiła dokładnie to samo, co Fred Astaire, tyle że tyłem i na wysokich obcasach. (A. Earhart)


Opcje wyświetlania odpowiedzi

Wybierz preferowany sposób wyświetlania odpowiedzi i kliknij "Zapisz ustawienia" by wprowadzić zmiany.