warning: date() [function.date]: It is not safe to rely on the system's timezone settings. You are *required* to use the date.timezone setting or the date_default_timezone_set() function. In case you used any of those methods and you are still getting this warning, you most likely misspelled the timezone identifier. We selected 'Europe/Berlin' for 'CEST/2.0/DST' instead in /home/admin/domains/kontrowersje.net/public_html/archiwum/themes/kontrowersje/node.tpl.php on line 86.


Autobiografia. Urodzeni, wpisywać się! Cześć pierwsza

Jak mogłem zapomnieć o motcie swojego życia? Przypomniało mi się szczęśliwie z okazji rozmyślań nad autobiografią, którą zawsze ceniłem wyżej od własnego życia, a w długości w żaden sposób nie powinna mu ustępować. Słowo się rzekło (ukazało się mimochodem, akurat nie miałem nic innego do roboty), oto ono, w oczyszczonej postaci z pewnych niedoskonałości stylistycznych, które w chwili olśnienia się jakoś zakradły: ''Rzeczywistość nie jest miarodajna, trzeba uzupełnić ją o refleksję''. Takie mam sobie motto, a tak wprowadzałem je w życie.


Jestem sztuką z jedynego ledwie aktu. Dramatycznie wystarczył. Matka grała, ojciec był sobą. Po narodzinach, jakby mało było upokorzeń, rozłożono moje ciało na łopatki. Dla chwilowej ojca gratki. Po takim wstępie w świat powinienem zdecydowanie pójść w dramat albo jeszcze dalej, zahaczyć o operetkę. Zaraz po pierwszych urodzinach, których nie pamiętam, lecz jestem pewny, że nie mogłem się doczekać, nabawiłem się takiej miny, jakbym miał za chwilę stężeć i wybuchnąć, ale ktoś zdążył mnie uprzedzić i zgasić. Gdybym więc krzyknął ''Pali się!'', prowadzony przodem w przykrytym wózeczku albo nie daj Boże ''Pożar!'' ludzie sponad swych parasolek pukaliby się w czoło, wycierając je ze zdumienia, znacząco się wymijając oraz kałuże. Wkrótce potem zrobiłem długo oczekiwany porządek z genitaliami i zatarłem nimi wszelkie ślady dzięcięcego rozgardiaszu, jaki się przy okazji na dobre napatoczył. Tak jak kiedyś, nie pamiętając, działałem w zakreślonym amoku. Regularnie żądałem od swoich członków ''Na mój wznak – leżeć!'' i sam padałem obok wraz za nimi. Po przebudzeniu, podobnie jak we śnie, tylko intensywniej i z większą grozą przed oczami wyłem '' O Boże, ja znowu żyję!'', na szczęście wycie jest trudem nie mniejszym niż jawa. Szybko padałem z powrotem do snu. Wyraźnie słyszałem za oknem iskrzenie rozbuchanych płomieni. Wydawało mi się, że ogień nabiera niespotykanej pewności. Wystraszony chciałem się rzucić w stronę dobiegającej grozy, ale zobaczyłem, że to tylko wciąż ten rzęsisty deszcz łapczywie obija się o parapet, jak gdyby chciał się za niego w ostatniej wolnej chwili złapać i poudawać swe ogniste przeciwieństwo, nim opadnie z życiem na ziemię.'' Dziwne'' mogłem wtedy pomyśleć ''Pomyliłem wodę z ogniem. Wszystko przez wiatr!''. Gdybym był ślepy, to nie odróżniłbym na sam słuch. Ale czy na pewno? Ze wściekłą, wygaszoną bezradnością zacząłem się włóczyć po ludzkiej naiwności, głównie rodziców. Chciałbym im tyle powiedzieć, kiedy zacznę mówić? Narastał we mnie smutek milczenia. Z pęczniejącym samozadowoleniem żebrałem otoczenie o rozpacz, karmiąc spojrzeniem cudze przesądy i obawy o postęp w moim rozwoju. Nocą nawiedzały mnie coraz liczniejsze koszmary, o których w dzień już nie pamiętałem, gdyż solidnie je odsypiałem. Po ponownym przebudzeniu starałem się kokietować zebranych wokół mnie z wyraźną troską opanowywanym przepływowo lśnieniem doczesnym, to była pierwsza tak dogłębnie odczuwana radość z istnienia.


Czułem się coraz lepiej i coraz lepiej się z tym czułem. Nie miałem wyrzutów sumienia, tym bardziej że zacząłem uczęszczać na religię, zaraz po zajęciach w szkole. Od tego lepiej co raz, to była poprawa. Czułem wprost, że rosnę. Zacząłem zupełnie nieźle umaszczać sobie rzeczywistość, choć byłem wystarczająco głupi, by jej o nic jeszcze nie podejrzewać. Rzeczywistość była dla mnie bowiem wtedy rzeczywiście niepokaźna, a już na pewno niepomiernie do tresowanej wyobraźni (kiedy spuszczałem ją ze smyczy zawsze wracała bez najmniejszych oznak wysiłku czy zmęczenia i czasem tylko pozwalała się gdzieś dalej od własnego komfortu pozornie dać uwieść). Zaskakiwała mnie dodatkowo świetnie dobranymi proporcjami, niczym z baśni jakiejś albo wprost z przezornie czczonej religii, gdzie wszystko wydawało się na miejscu, mimo że dla wszystkich miejsca nie było.


Zapragnąłem tę rzeczywistość poznać, która by uprzejmie odpłaciła mi tym samym, choć później się okazało, że zrobiła to znacznie wcześniej i niestety było już za późno na zmianę zdania, które, z całym szacunkiem dla dokonanych postępów, i tak by nie nastąpiło.


Produktem uboczym tego pragnienia była wlokąca się za mną nienachalna rozpacz. Na tyle leniwie wredna, że nie chciało jej się pociągnąć za sobą przymusu pobliskiego samobójstwa, tylko zamieniła się w szwędanie po bezpłatnych gabinetach, które same w sobie wymagały solidnego przewietrzenia duszy, jeśli nie wprowadzenia odpłatności, w celu poprawy nastroju ścian oraz smętnie i zawodowo utkwionych pomiędzy nimi psycho...


Czy do rzeczywistości można się wtrącić? Na chwilę tylko, ale znacząco lub przynajmniej zauważalnie, tak by ślad pozostawić.Składałem się po tym bezradnie do snu, który to już raz, i przyjmowałem pozycję na przeczekanie, Rankiem, wycucony do szybkiego przyjęcia kolejnego kopa wyłem siarczyście i ponownie oznajmiałem przed Bogiem ''Znowy żyję!''. Czasem się przed tym próbowałem bronić i wrzucałem z powrotem głowę mocno w szyję, ale próba ta spalała na panewce już na wysokości ramion, którymi niepotrzebnie wzruszałem w nieodpowiednią stronę. Tak mi na razie miało pozostać, w każdym razie do późnego wieczora, który tymczasem raczej się oddalał.


I wtedy następił przełom. ''Od dziś rzeczywistość będzie moją świtą! O parę kroków za mną'', chociaż nie umiałem jednoznacznie zdecydować, czy zawsze będę ją za sobą zabierać, skoro i tak zabiera mi ona cały dostępny mi czas, na przykład zabierać przed oblicze potomnych, którym powoli zaczynałem wróżyć co najwyżej karierę krzykliwych epigonów. Skąd na przykład wezmą potrzebny im rozpęd?


Jako ustabilizowany od tego momentu inaugurator i ostoja rzeczywistości, jako inspirator wszelkich jej motorów napędowych chciałem zasięgnąć potrzebnego odpoczynku, najlepiej na polu chwały lub od razu na wolnym rynku. Mam dość wielebne podejście do ewentalnych acz koniecznych dla postępu przestojów, pod wszakże sine kwa non warunkiem, że ruszamy z miejsca, możemy się nawet cofnąć; oby tylko na czas, a wtedy niespóźnieni będziemy na wieki, a na wieki wieków amen, jak przystawałoby odsapnąć z refleksją, mimo że samo słowo obiecuje tymczasowy koniec - i albo odwiesza nadzieję, niemiłosiernie ją przeciągając, albo spełnia ją, czyniąc ją zbędną, albo zawiesza tylko jakby na haku zwolnionym z oparów stygnącego już gdzie indziej ostatniego uścisku życia. Ale co to za życie, którego już nie ma, nawet jeśli było i będzie, to co będzie teraz, kiedy niczego poza ''teraz'' pewnym być nie można, a i tak, jak brutalnie się okazało i gołym wszędzie okiem widać, tylko do czasu. Oby to przerwa była, bo bez przerwy nie da się o tym myśleć, aby przy okazji niepotrzebnie w nieskończoność nie zaogniać pustki, tym bardziej, że co to za pustka, skoro wieść dobra niesie, iż można wypełnić ją myślą, mową i GODNYM uczynkiem.


Jako i jako tako oraz niezmordowany ich piewca odliczam momenty. Ponowne ukazanie rzeczywistości ogłaszam więc wszem za NIEBAWEM.


Jeżeli jestem rzeczywisty, to czy rzeczywistość jest podobna do mnie? Czy jest rzeczywistość na moje podobieństwo? A jeśli rzeczywistość jest taka jak ja – dobrze, iż o tym nic nie wiem, bo musiałbym się odpowiednio nastroszyć w jej piórka. Bardzo ubolewam, że zaniemówiłem na czas nauki chodzenia, gdyż życie stawia przed mężczyzną wymóg robienia dwóch ważnych rzeczy naraz. Czyli nie mógłbym dla przykładu być kontrolerem biletów, ale już politykiem, owszem. Ci zawsze stoją, jak mówią i czy się stoi czy się leży, gęba im się nigdy nie zamyka. A powiada się, że najbardziej szkodzi siedzenie. Ale kto to mówi! Lekarze zza biurka! Jakoś dziwnie się składa, iż przemilczana jest kwestia schylania. Ta dopiero szkodzi! Spróbuj jeden z drugim w takiej pozycji dopiąć swego! A ile trzeba się nagimnastykować, żeby później wszystko wyprostować! Nic dziwnego, że świat na głowe stoi, skoro tłum o niczym innym nie marzy, jak w końcu wygodnie się rozsiąść. Od tego krok już tylko do wyciągnięcia nóg przed siebie i szkoda gotowa. A podobno ci lekarze tacy zabiegani. Nie dziwota, iż nie mają czasu usiąść i spokojnie sprawę przemyśleć. Boże, o czym to ja znowu myślę? Cholera z lekarzami. Na biednego nie trafiło.


W sumie też jestem zdolny, tylko mi nie wyszło. Kiedyś, za namową wuefisty (''Prędzej w hiszpańskim będziesz biegły!'') nabyłem największy do zdobycia słownik, był tak wielki, że mieścił w sobie wyłącznie literę P. W każdym razie moja kieszeń mieściła (całen czas zapominałem o tym psie, nawet smród mi nie przypomniał). Więcej stron i tak nie dało się wyrwać, a jak wspomniałem - w biegach byłem dość krótki. Więc patrzę, a tu ten język już znam, choć nie miałem o tym zielonego pojęcia. Pisało w nim mianowicie i tak:
Pianista – pianista
plataforma – platforma (tu z błędem)
plan – plan
poeta – poeta
Polonia – tu błąd kolejny, bo napisali w słowniku, że Polska, a przecież każdy Polak wie, iż to Polska, ale na obczyźnie, i to nie całej - i za chlebem zresztą niedobrym - bo jedyna Polonia prawdziwa naprawdę to amerykańska Polonia, reszta to złodzieje, zagubione chciejstwo i cwaniactwo za najniższą krajową. A przy tym słowie takiego wyróżnienia, takiej wzmianki nie było. Jeśli słownik nie potrafi w jednym słowie odróżnić prawdziwego od nieprawdziwego, to co będzie, gdy przejdziemy do całego zdana? Dekadencja Zachodu jest posunięta bardziej niż myślałem. Słowo silniejsze jest od miecza, którym walczyć skutecznie z barbarzyństwem oni już dawno przestali, a jak walczyć na słowa, jeśli się myli ich litery i pojęcia?


Na jednej stronie zatem, nie znając niby języka, wyłapałem tyle błędów! Ci Hiszpanie muszą nieskończenie być durni. Jeśli przejęli już z polskiego platformę, to mogliby chociaż postarać się spróbować poprawnie ją spisać, najlepiej na straty, czy po ichniemu - na staratę. I przyszło mi do głowy jeszcze jedno. Jaki trzeba mieć tupet, ażeby ukraść Polakom słowa, następnie je przepisać, oprawić złodziejstwo w sprzedajną wiedzę i wydać drukiem jako hiszpański słownik? Tak się właśnie robi pieniądze, a z Polaka robi w bambuko! Zabrać, co moje, a potem bezczelnie jeszcze mi to sprzedać, z nalepką made in coś tam o tym słyszałem, żebym się światowo mógł poczuć. Nie, nie czuję się i nie zamierzam. Ja jestem tutaj, to tutaj jest moje i drugi raz odebrać sobie nie pozwolę! Za bezcen mnie okradli! Mnie, który i tak nic nie miał. Nic prócz długów. Czego tego mi nie zabrali? I to również jest niepokojącą zagadką. Ci, co mają dzisiaj wszystko, wszystko zabrali takim jak ja, co niczego nigdy nie mieli, a już najmniej mieli do powiedzenia. Czyli z wielości niczego pomnożyli majątki robiąc z nas kompletne zera, a to się nawet Panu Bogu nie udało. Sześć dni Panu Bogu zajęło, im wystarczyło dwadziścia lat, aby się wypaść naszym wspólnie wypracowanym za komuny niczym do obleśnie dzisiejszych gabarytów!


Ażebyśmy tak zbaranieli jako naród do końca, skoro daliśmy się z niczego oghrrabić do zera, które złodziejski spryt pod płaszczykiem jak zboczuś wymnożył krwawicą naszą i jeszcze układy opłacić, żeby nas wychędożono do końca, osłabieni sinym tyłkiem bowiem nie protestują i idą na rzeź, jak im żeś nakazał.


I wszystko dlatego, że kiedyś u zarania pomyliłem ogień z wodą... To nawet woda nie była, tylko jej krople. Co prawda podejrzanie zorganizowane w rzęsisty deszcz i uzbrojone w wiatr (ciekawe z której zagranicy wiał i kto w tym pomógł, ze wschodu, zachodu, czy może to ''bracia'' Czesi nas znowuż wycyckali?) Nic dziwnego, że wiatr wieje zawsze w moją stronę z piachem, przed samą granicą porywa moje pieniążki, za którą gradem rozrzuca je hojnie po drzewach. Przydałoby się może, aby tutaj w końcu coś skapnęło, ale to nie z tym debilstwem dokoła, co niczego nic nie kapuje.


I jakie to ma kolosalne konsekwencje! NIE TYLKO NIE MOGĘ BYĆ KONDUKTOREM WE WŁASNYM KRAJU, NIE MÓGŁBYM BYĆ RÓWNIEŻ STRAŻAKIEM! A marzyłem o tym od dziecka. Próbowałbym nie daj Boże rozpalić ogień deszczem, No strata dla służby... Nie mógłbym być nawet... nie wspominając już o (to nie wspominaj!)...


Powziąłem, co miałem, zacząłem też trenować asertywność, żeby mi nikt w kaszę więcej nie dmuchał, bo jeść potem tego świństwa bez obrzydzenia nie można i tylko starej smakuje; ja swoją porcję podrzucam dzieciom jako kaszkę mannę z nieba. ''Dostrzegam pana!'' rzekłem stanowczo przed lusterm, unosząc brwi naprzemiennie. ''Proszę uważać, bo pogrążę palcem, z palcem w dupie pogrąże'', cholera, jeśli nie zapomnę go wyciągnąć...''... Co zresztą w tej chwili zacząłem już czynić i wkrótce obiecuję z sukcesem zakończyć!'', dodałem najpewniej , a dwa ostatnie słowa całkowicie już na głos. Przestałem też drżeć wewnętrznie i w ogóle.


Po tym wszystkim miałem już dość na cały tydzień. Wziąłem kocyk, częściowo się nim wytarłem, częściowo weń odziałem, a żeby nie zapomieć o wciąż bujnie we mnie tkwiącej wrażliwszej części mojej natury wybrałem się pełną parą i szaleńczo na całego na poziomki, podczas której ekspedycji dokonałem gruntownego oszacowania nienazwanych do tej pory emiocji oraz ich relacji z delikatnością kwestii smaku. Były burzliwe wręcz jak napalony komar, miarkujący swoje szanse przed ostatecznym szturmem na nowonarodzone koźlątko. Pełna kontrol! Pełna emocjonalna kontrol! Pełna emocji kontrol! Ufff... o to się rozchodzi. O to idzie i w dobrym kierunku, sprawy zaszły za daleko w dobrym jednak kierunku.


W życiu starałem się zawsze być przygotowany na niezależne okoliczności, mnie nie jest łatwo wywieźć w pole, bo pole to ja znam jak własne podwórko. Byłem przygotowany na każdy sukces, spodziewałem się go nawet z najmniej spodziewanej strony. Miałem gotowe słowa na każdy dzień dobry pierwszego spotkania z moim wydawcą (''Zaintonuj pan swoją wierszówkę, a ja posprawdzam, czy się spotkamy w połowie drogi''); miałem gotowy zabójczy tekst na udane wyrwanie pierwszej lepszej laski z rąk króla wieczorku zapoznawczego ('' Llala pozwoly, że wpierw ją zaboly...''). Byłem przygotowany nawet na najgorsze: zawsze trzymałem swieżo przez mamkę wyczesane onuce pod łóżkiem, ale tego się nie spodziewałem. Nie da się bowiem dokładnie przewidzieć sytuacji, w której zza pół przełkniętego bąka wyłoni się wyrwany z bezwiednego uścisku dotychczasowy kompan jelit. Cóż było robić. Do świąt daleko, chociaż się powycieram, a że na myśl o świętach pociekła mi ślinka, powycierałem się z obu sprawczych stron powstałego zakłopotania.


Nie ma tego złego – przybajmniej gwałtownie schudłem – co by na dobre nie wyszło, nawet jeśli nie wyszło na dobre do końca i w domu musiałem domęczyć. Ale dopiero następnego dnia. Sukcesem moim było, że sukcesywnie udało mi się brakujący i najbardziej skonsolidowany kawałek aż do następnego dnia na bezpieczną dolegliwość cofnąć. Nauczyłem się też jeszcze jednego. Nie warto markować pierdnięcia beknięciem, bo przy okazji można się przy tym niespodziewanie obrzygać. Grunt to nie stracić pod nogami. Nauczony animuszu nie dałem zbić się ochroniarzom z pantałyku i zdążyłem jeszcze wszystkich zabawić naprędce wymyśloną anegdotą (nie do końca, była przygotowana ciut wcześniej, ale się nie przyznałem):'' Przepraszam, wyrwało mi się z kontekstu''. Dostałem nawet za to brawa, w oba policzki jednocześnie. Starczyłoby zresztą dla wszystkich, a i mnie już niewiele brakowało.


Okazało się jednocześnie jeszcze na miejscu, że większość ludzi ma poważne kłopoty z cywilizacyjnym ogarnięciem swoich reakcji. Nie spodziewałem się naturalnie wdzięczności, ale odrobina powściągliwości niejednemu by się przydała, i to w miarę obfitości. Ach te krzywe grymasy w moją stronę, te miny w zniesmaczonym półuśmieszku, jakby było się od czego odpędzać. Ja człowiekiem tylko jestem i nic co ludzkie zdarza mi się pierdnąć, może nie zawsze w takiej krasie i niemonotonnym bukiecie, ale to nie ja w końcu ustaliłem to przeklęte menu; być może to był nawet zamach. Być może była to zadziwiająca koincydencja, pewne jest jedno. Ostatecznie zawiodłem się na ludziach, nie tak wyobrażałem sobie pierwszy z nimi kontakt. A dziwię się tym bardziej, że najbardziej poszkodowane były moje spodnie (spodziewając się sukcesów na niwie relacji towarzyskich wyjatkowo nie przywdziałem majteczek i kalosonów), dopiero długo potem bezpośrednio tknięty byłem ja, i na końcu, jeśli mnie pamięć nie myli – nikt więcej.


Może z tym niefortunnym beknięciem nie było znowu tak źle. Na pewno wprowadziło w ludzką pamięć sporo zamieszania (''Pamiętasz może tego idotę w fioletowych spodniach? On się wtedy posrał czy porzygał?''), tak że fakty z czasem zetrą się w mit, te zmiętoszone w profesorskich głowach przybiorą wybiórczą postać hiszpańskich podręczników – kto do nich zagląda? - których jedynym pierwotnym i ostatecznie użytecznym oraz przede wszystkim: jedynym zapamiętanym przeznaczeniem będą wymierzane szkolnym psikusem klapsy w odziane pośladki koleżanek i gołe głąby głów kolegów.


Ach, tak dożyć do spełnienia życiowej ambicji: przerzucić ciężar swoich pragnień na cudze barki, najlepiej na barki bezpośrednich sprawców, ojca i matki, ale zabrakło mi do tego motywacji lub też została ona wyraźnie nadwątlona lękiem, że nie starczy mi na to potrzebnych fałd skóry. Na pocieszenie postanowiłem także zostać autorem kilku przynajmniej patentów z dziedziny pogranicza, ponieważ słyszałem, iż ludzie urodzeniu w pobliżu granic (a ja urodziłem się na granicy intymnych wylotów mamy) są albo zamkniętymi na świat mentalnymi ponurakami, nieufnymi wobec siebie i obcych, albo przeciwnie, doświadczenie pogranicza wynosi ich na wysokość, na której wszelkie linie graniczne zacierają się i ukazują wzniesionemu pokaźną całość wraz z jej świetlaną przyszłością.


Paradoksalnie obie sentencje,wyrażone stosowną frazą, uważam nie tylko za sprzeczne same w sobie, co i nieprawdziwe. Moim zdaniem, na razie, musi być jakaś trzecia alternatywa, w tym kierunku chętnie bym się wybrał. Tu też dostrzegam pole mojego patentu, troszkę dalej postawiłbym pauzę, która zmieniłaby w końcu krzywdzącą mnie podsłyszaną przez zupełny przypadek (nie przeze mnie, ale dokładnie mi zrelacjonowano, przez więcej niż jedno źródło, mam pewność) a krzywdzącą mnie łatkę ''świeżo na stałe upieczonego dupka'' na coś bardziej dojrzałego.


No i czy jestem jedynym dupkiem? Powątpiewawszy w to, i to bardzo. Osobiscie nigdy bym na to nie wpadł. Czy można taką kategorią opisać kogoś, kto wpadł kiedyś na takie na przykład rozmyślenie, które dosłownie przed chwilą się wymskło mojej percepcji, cytat:'' Do głowy by mi nie przyszło, gdybym nie wyciągnął po to ręki. Co warte zauważenia, ręką można sięgnąć znacznie dalej i w każdym niemal kierunku, kiedy głowa ledwie się kręci, na dodatek z brzydkim często pyskiem, i co najwyżej może swojemu losowi ostożnie przytaknąć, uważając wszakże przy tym, by za bardzo nie ugryźć się w język i nie popaść w konflikt z szyją. Kiedy za to ręka... No podrap się pan w dupę głową!''. Można by kolejny raz powiedzieć zaświechtanym palcem '' Z palcem w'' albo ''Z Bożym palcem'', ale ja patrzę na świat w sposób, w jaki inni patrzą bezmyślnie na obiad. Zobaczyć wtedy można, iż do ręki to trzeba mieć głowę, żeby ją zrozumieć i nie powtarzać mantry o wyższości głowy nad ręką. Ja swoje ręce unoszę swobodnie nad każdą głowę. Jeśli komuś to dowód za mało, to wypada tylko odczuć wspólczucie i serdecznym machnięciem pocieszyć kadłubka.


Co też natychmiast przywołało wspomnienie dzieciństwa, gdy wyciągając rączki do góry sięgałem ledwie do pępka Wujka a kolegi mojego dziadka, który czasami się na niego wspinał i przyjmował w moją stronę najdziwniejsze zresztą pozy. To właśnie wówczas zrozumiałem, że iść pod prąd to jakby iść zawsze z prądem, tylko w przeciwnym kierunku, co może być gorsze, gdyż prąd czasem biegnie zdrowo naprzód, wręcz z górki mu biegnie i ucieka od nędznej lichości strumyczka, próbującego zakryć swe oblicze prawdziwe za butnym pojęciem źródła.


'); //-->'); //-->
6
Twoja ocena: Brak Średnia ocena: 6 (7 głosy/głosów)
Zostaw link w miejscach, które odwiedzasz lub/i skorzystaj z gotowych odnośników!

Ten tekst

powstał w pozycji dłuższej leżącej, nagrywałem go na dyktafon i spisałem teraz z niewielkimi poprawkami. Nie wiedziałem wtedy jeszcze o odejsciu Wujka Gryzonia. Tekst ten jest zatem dla Niego, ułomny brakiem Jego komentarza, jak życie dla wielu ułomne brakiem Jego obecności.
Kłaniam się Wujowi wiecznie do gwiazd
Rafał


(...)

portret użytkownika Jasmine
6

(...)


PS: Myśli mi się rozpierzchły.


Wszyscy jesteśmy Aniołami z jednym skrzydłem. Musimy się mocno objąć żeby polecieć.


Lubimy ludzi, którzy bez wahania mówią to, co myślą, pod warunkiem, że myślą to samo co my.
Mark Twain


Biorąc pod uwagę,

portret użytkownika quackie
6

że granice języka są granicami świata, sądzę, że poszerzył Pan swoją rzeczywistość do nieźle kosmicznych rozmiarów od czasów przykrytego wózeczka. Gdybyż mnie było stać na taką refleksję!


Bardzo proszę uważać z tym wgryzaniem się w autobiografię, czyni Pan to z takim pazurem, że zachodzi obawa, aby się Pan na wylot nie przegryzł!


Padam do nóżek i pozycji leżącej, ale nie krzyżem.


_________
Zarzucił staruszek sieć w morze. Odczekał, próbuje wyciągnąć.
Ciągnie ją i ciągnie i wyciągnąć nie może.
Aż w końcu odezwał się głos z nieba.
Powiedział "SIEĆ JEST OBECNIE NIEDOSTĘPNA".


Dzień Dobry

6

Zobaczyłła przeczytałła ,trocha nie pojmnełła.


Dziękuje


Pani Hrabini

portret użytkownika solano

Ja też trochę nie pojmnęłłam, ale z powodzeniem oddałam się nastrojowi.
Należne ukłony dla Pani i Autora.


To po ile dziś powietrze?


Dobry wieczór

6

Jako urodzona, potocznie, a nie szlachetnie czy broń Boże arystokratycznie, wpisuję się tu. Kiedyś krzyknęłam "Pali się!" i nikt nie puknął się parasolką, wszyscy pobiegli gasić, ale i tak rzeczywistość mi się pomieszała. Z powodu syntetycznych witamin, globalnego hitu tamtych czasów. Szatański wynalazek sprawił, że wyprzedziłam rzeczywistość, nie wiedząc, że wyprzedzam, bo wtedy o takich rzeczach się nie mówiło. Działo się, oj, działo, kiedy mnie dopadła.


Stęskniłam się okropnie, teraz się cieszę jak stąd do Plutona
Serdeczności z serca


Za różne takie...


a po za tym wszystko

6

w porzo.
Tzn razi mnie jedynie te "motcie".Nie można podważyć ani dyskutować jedynie jakoś tak sobie to odczytuję jako zlepek "motce" i "tacie" .co w Autobiografi jest prologiem.
Oczywiście na raty 0% bez żyrantów.


P.S.
nie minęła ćwierć klepsydry ,a juz muszę coś wsadzić na oklep
"...
Młodzieńcze uniesienia zawdzięczam książce "Rok w trumnie" Romana Bratnego. Do dziś pamiętam te mocne, męskie zdania... "Jestem w progu i widzę rytmicznie poruszający się zad. Patrzy na mnie, osłupiałego, ślepe oko odbytnicy. Słyszę sapanie". "Okroczyła mnie i trzyma w spazmującym uścisku swego drgającego żywego wnętrza".cyt Roman Bratny


Więcej... http://wyborcza.pl/1,75968,8731061,Onani...


A dotyczy to polemiki do:
"jego nabrzmiały członek wypełnił jej gardło"cyt Bronisław Widsztein


za dzień ,za raz ,za chwilę

6

Cię M_Ka wyautuje. A Ty Śpisz.
Panie "Pożarski"!
A Pan Śpisz? .....


Opcje wyświetlania odpowiedzi

Wybierz preferowany sposób wyświetlania odpowiedzi i kliknij "Zapisz ustawienia" by wprowadzić zmiany.