warning: date() [function.date]: It is not safe to rely on the system's timezone settings. You are *required* to use the date.timezone setting or the date_default_timezone_set() function. In case you used any of those methods and you are still getting this warning, you most likely misspelled the timezone identifier. We selected 'Europe/Berlin' for 'CET/1.0/no DST' instead in /home/admin/domains/kontrowersje.net/public_html/archiwum/themes/kontrowersje/node.tpl.php on line 86.


Cudowna podaż.

 Ostatnio mało pisałem, a mówiąc szczerze przez dłuższy czas nie napisałem na "Kontrowersjach" niczego. Mógłbym wprawdzie zacząć się usprawiedliwiać i rozpisać się o okolicznościach łagodzących, ale zamiast tego wolę napisać parę słów o tym, co poprzednio. To znaczy nie do końca o tym samym, bo poprzednio pisałem o keynesizmie, a teraz, dla odmiany, chciałbym napisać o "konkurencji".


Keynesizm jest jak wiemy "ekonomią popytu", która swój początek wzięła od odrzucenia przez Lorda Keynesa "prawa Saya". Prawo to, o którym już parę razy pisałem, stwierdza, że podaż stwarza popyt, gdyż nasza zdolność popytowa zależy od wielkości naszej podaży. Mówiąc prościej kupisz tyle, na ile sobie zapracujesz ( bądź tyle, na ile ktoś zapracuje na Ciebie ). Prawo to wyklucza możliwość wzbogacenia się poprzez dodruk pieniędzy - życie też taką możliwość wyklucza. Nie jest ono zatem żadną teorią, lecz prostym stwierdzeniem niezaprzeczalnego faktu, niczym polskie, ludowe przysłowie, głoszące, że "bez pracy nie ma kołaczy". Keynes niezaprzeczalnym faktom jednak zaprzeczył. Zrobił to, choć nie znalazł żadnego dowodu na to, że to on, a nie Say ma rację. Istniało więc poważne ryzyko, że jego teoria popytowa jest błędna i że w praktyce zawiedzie. I co? I zawiodła wielokrotnie, najmocniej w latach siedemdziesiątych. Wtedy to doszło do poważnego kryzysu, na który keynesiści nie potrafili znaleźć recepty. Zaczęły się zatem rozwijać nowe szkoły ekonomiczne, takie jak monetaryzm. Zaczęto też powracać do klasycznej, przedkeynesowskiej ekonomii. Takim powrotem była ekonomia podaży.


"Podażowcy" wskrzesili ekonomię klasyczną, dodając do niej kilka własnych teorii. Jedną z nich jest słynna "krzywa Laffera", która w zasadzie teorią nie jest - jest podobnie jak prawo Saya niezaprzeczalnym faktem i podobnie jak prawo Saya bywa często krytykowana. Na czym opiera się owa "krzywa"? Na kilku prostych założeniach. Pierwsze z nich mówi, że przy stawkach podatkowych 0% i 100% wpływy do budżetu będą zerowe. Założenie jest oczywiście słuszne. Wiadomo, że jeśli podatki są zerowe, to dochody z podatków też wynoszą zero. Jeśli natomiast podatki wynoszą 100%, to ludzie przestaną pracować, bo nikt nie zgodzi się na to, by państwo odbierało mu wszystko, co zarobi. Przy stuprocentowym obciążeniu gospodarka pieniężna przestanie funkcjonować i nikt nie będzie prowadził żadnej legalnej działalności. Państwo zatem niczego nie zarobi. Pierwsze założenie prawa Laffera jest więc poprawne, podobnie zresztą jak drugie, które mówi, że między tymi dwiema skrajnymi stawkami państwo coś zarobi. Z tego wynika trzecie założenie, że między stawką 0% a 100% znajduje się punkt ( albo parę punktów ), w którym państwo zarabia najwięcej. Jeśli obniżymy podatki poniżej tego punktu, to dochody państwa spadną. Jeśli podniesiemy je ponad ten punkt, to dochody też spadną, zacznie bowiem rosnąć opór przed płaceniem podatków. Na tym założenia Laffera się kończą. Czy jest wśród nich coś, co da się logicznie krytykować? Raczej nie. "Krzywa Laffera" jest bowiem stwierdzeniem prostego faktu. Jej krytyka, wynikająca głównie z powodów doktrynalnych, przypomina krytykę twierdzenia, że Ziemia krąży wokół Słońca. To, że Laffer ma rację wynika zresztą nie tylko z logiki, ale z "samego życia". Pierwszym z brzegu i najbliższym nam przykładem tego jak krzywa funkcjonuje w praktyce były dzieje akcyzy na alkohol w Polsce. Gdy podniesiono ją około 10 lat temu wpływy z jej tytułu spadły, natomiast w momencie, gdy ponownie ją obniżono, wpływy wzrosły.


To oczywiście nie jedyny przykład na "prawdziwość" krzywej. Przykładów jest znacznie więcej, pojawiają się one już w XVIII i XIX wieku. Jeśli chodzi o "świadome" zastosowanie krzywej to po raz pierwszy miało ono miejsce w USA, w czasie rządów prezydenta Reagana, będącego zwolennikiem ekonomii podaży i twierdzącego, że główną przeszkodą w rozwoju gospodarczym są zbyt wysokie podatki oraz zbyt wielka kontrola państwa nad gospodarką. W Ameryce, w latach siedemdziesiątych, miało miejsce jedno i drugie. Reagan postanowił z tym zerwać. W ciągu swoich rządów zniósł kontrolę cen paliw, zlikwidował wiele zbędnych, biurokratycznych regulacji oraz zmniejszył progresję i obniżył górną stawkę podatku dochodowego z 70 do 28 procent. Wpływy z tego podatku jednak nie spadły, ale wzrosły o całe 28%. Zwiększył się także ( o osiem procent ) udział podatków płaconych przez najbogatszych Amerykanów w całości podatkowych dochodów budżetu. Było to dowodem na słuszność założeń Laffera, lecz nie był to jedyny efekt zastosowania w praktyce ekonomii podaży. Niskie podatki oraz mała biurokracja sprawiły, że w czasie rządów Reagana spadło bezrobocie, powstało 3 miliony firm oraz 17 milionów nowych miejsc pracy. Reaganomika odniosła więc sukces, mimo to pojawiły się zarzuty wobec "podażowców". Oskarża się ich o to, że lekceważą problem deficytu, co doprowadziło do wzrostu zadłużenia podczas prezydentury Reagana. Zarzut ten nie jest jednak słuszny, gdyż deficyt nie był skutkiem stosowania ekonomii podaży ( to Keynes widział w nim cudowne lekarstwo na kryzysy, nie Laffer, Wanniski, czy Gilder ), lecz wznowienia wyścigu zbrojeń. Reagan miał do wyboru dwa złe rozwiązania: mógł wybrać albo brak deficytu i Związek Sowiecki, albo deficyt i brak Związku Sowieckiego. Stwierdził, że choć zadłużenie jest złe, to "imperium zła" jest jeszcze gorsze i postanowił zazbroić to imperium na śmierć. Udało się. Związek Sowiecki przestał istnieć.


Reaganomika była sukcesem ekonomii podaży, ale nie była sukcesem jedynym. Propodażowe metody stosowano jeszcze zanim ubrano je w teoretyczne ramki. Stosował je m. in. Ludwig Erhard, jeden z "ojców" Republiki Federalnej Niemiec. Erhard, będąc po wojnie kierownikiem gospodarczej administracji zachodnich stref okupacyjnych, zastał swój kraj w ruinie. Główne miasta były zniszczone, fabryki rozmontowane i przeniesione na "prowincję". Niemiecka waluta, Reichsmarka była zdewaluowana i wielu sprzedawców wolało przyjmować zamiast niej waluty obce, czy deficytowe towary, np. papierosy. Kwitł czarny rynek, istniał system kartkowy. Erhard zmienił to, w ciągu jednego dnia dokonując prawdziwej rewolucji. Zniósł reglamentację żywności i przeprowadził reformę walutową, wprowadzając nową walutę, Deutsche Mark. Sto starych marek wymieniano na 6,5 nowej. Ograniczono podaż pieniądza o 93%. Potem Erhard powiadomił o tym Niemców przez radio. Ogłosił, że odtąd jedyną kartką, jakiej będą potrzebować będzie marka i że będą musieli pracować, by na nią zarobić. Zrobił to wszystko w tajemnicy przed wojskową administracją aliancką, która wpadła w szał, gdy dowiedziała się co się stało. Alianci woleli jednak udawać, że wszystko stało się za ich wiedzą i zgodą - w przeciwnym razie ośmieszyliby się. Tak więc Erhard zachował stanowisko i kontynuował reformy - zmniejszył podatek dochodowy, zwolnił z opodatkowania pracę w godzinach nadliczbowych, zniósł kontrolę płac, ograniczył cła i wprowadził prawo antymonopolowe. To wszystko doprowadziło do rozkwitu gospodarki niemieckiej, określanego często jako "cud gospodarczy". Sam Erhard nie lubił tego określenia. Nie przypisywał też sobie wszystkich zasług, bo "cud" był dziełem zwykłych ludzi. On umożliwił im jedynie działanie, podejmując właściwe decyzje. Odrzucił propozycje nacjonalizacji i wprowadzenia jakiejś formy socjalizmu. Nie zgodził się także na popularne wówczas wśród keynesistów roboty publiczne, gdyż wiedział, że nie da się dzięki nim stworzyć trwałych miejsc pracy i że gdy roboty się skończą, bezrobocie znów wzrośnie, a zostanie tylko dług.


"Cud" Erharda nie był jedynym "podażowym" cudem. Były także inne, choćby bardzo popularny u nas "cud" irlandzki. Czy Polska też kiedyś doświadczy takiego "cudu"? Być może, choć w obecnej chwili to dość wątpliwe. Nie mieliśmy ostatnio wśród polityków zbyt wielu propozycji obniżania, czy choćby upraszczania podatków. Pojawiły się za to pomysły, by łatać dziurę budżetową, opodatkowując quady i colę. Oczywiście niczego to nie da, bo ludzie nie rozmnożą w cudowny sposób swoich pieniędzy i jeśli ceny wskutek nowych podatków wzrosną o, powiedzmy, 1%, to sprzedaż spadnie o ten procent. Miejmy nadzieję, że rząd zdaje sobie z tego sprawę i że nie będzie wbijał takich drobnych szpilek w gospodarkę.


5.76
Twoja ocena: Brak Średnia ocena: 5.8 (4 głosy/głosów )
Zostaw link w miejscach, które odwiedzasz lub/i skorzystaj z gotowych odnośników!

PS. Jeśli ktoś chce poczytać

PS. Jeśli ktoś chce poczytać więcej o "krzywej Laffera", to polecam Gwiazdowskiego:


http://www.blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=640

http://www.blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=641


Tu znajduje się artykuł Semki o niemieckim "cudzie" gospodarczym:


http://www.pafere.org/index.php?option=com_content&task=view&id=259&Itemid=1


Na tym założenia Laffera się kończą.

portret użytkownika cmss

Zakłada także, że wpływy do budżetu są ciągłą funkcją podatków.
PS Zignoruj uwagę. :)


Platonicznie...


A co z tzw "kredytami konsumenckimi"

Gdyby taki rezim jak proponujesz byl utrzymywany przez caly czas to nikt nigdy nie bylby w stanie kupic sobie domu czy innych dobr tego typu bo nigdy nie zdolalby na to oszczedzic. Oczywiscie przegiecie jakie miako miejsce w USA w tej sprawie przysporzylo ogromnych klopotow ale tak dzieje sie ZAWSZE gdy podchodzi sie sbyt doktrynalnie do spraw gospodarczych. Ekonomia nie jest nauka scisla jak np matematyka i nie mozna wobec niej stosowac takich samych zasad chocby dlatego ze wystepuje w niej czynnik zachowan ludzkich ktore podlegaja bardzo czesto emocjom i dlateg wlasnie bywaja nieracjonalne. Odnosnie "cudu " Erhradta zapominasz Wasc o planie Marshala.


domy muszą być drogie

Nie możesz kupić domu za własne pieniądze, bo jego cena jest pompowana właśnie dzięki kredytom. Według tej filozofii domy muszą stale drożeć, aby banki osiągały zyski i miały zabezpieczenie dla udzielanych kredytów. Spirala cen sama się rozkręca i od pewnego momentu kupno bez kredytu staje się niemożliwe.
Nie zawsze tak było. W przedwojennej Polsce każdy człowiek który miał pracę, mógł kupić dom po 5, 10, czy 20 latach oszczędzania (zależnie od wysokości zarobków).
Podobnie było w USA jeszcze w latach 60. Potem upowszechniły się kredyty hipoteczne co spowodowało gwałtowny wzrost cen.


Chlor


Zgoda ale....

...przyznasz Waszmosc Pan ze perspektywa 10 lub 20 lat oszczedzania kiepska jest motywacja. Poza tym ceny domow w porownaniu do sredniich rocznych zarobkow wzrastaly naprawde umiarkowanie az do konca lat 80-tych ubieglego wieku. Szalenstwo zaczela sie mniej wiecej w latach 90-tych kiedy to obnizono wymagania do uzyskania kredytu hipotecznego ( przedtem trzeba bylo wplacic gotowka conajmniej 20% ceny domu i wykazac sie odpowiednimi dochodami), co wlasnie spowodowalo run na domy skutkujacay lawinowym wzrostem cen. Wracajac do "cudu" Erhardta dodam zas ze sprawdza sie on wlasnie wtedy gdy dane spoleczenstwo jest na niskim stopniu rozwoju ekonomicznego - jak RFN po zniszczeniach wojennych- gdyz motywacja jest wtedy ogromna. Nie skutkuje ta metoda zupelnie w spoleczenstwie o wysokiej stopie zyciowej ze wzgledu na brak czytelnej motywacji. Zauwazyl to kiedys juz bardzo dawno temu Henry Ford mowiac " musze podniesc zarobki moim robotnikom, bo jak ich nie stac na kupno moich samochodow, to kogo ma byc stac". Z uporem maniaka bede sie wiec upieral ze najwazniejszy jest nie szybki a ZROWNOWAZONY rozwoj a do tego konieczne jest unikanie jakichkolwiek "dogmatow" ekonomicznych w stylu keynesizm czy friedmanizmu gdyz nie moga one sie sprawdzac w zmieniajacych sie dynamicznie sytuacjach. Znacznie mi jest blizej do Romana Frydmana z jego IKE a wlasnie on przestrzega przed zachwytami wobec jakiejkolwiek teori modeli ekonomicznych. Pozdrawiam Waszmosc Pana serdecznie, tudziez innych czytelnikow.


"Poza tym ceny domow w

"Poza tym ceny domow w porownaniu do sredniich rocznych zarobkow wzrastaly naprawde umiarkowanie az do konca lat 80-tych ubieglego wieku. Szalenstwo zaczela sie mniej wiecej w latach 90-tych kiedy to obnizono wymagania do uzyskania kredytu hipotecznego"
Więc o to Ci chodziło, gdy pisałeś o "reżimie", który uniemożliwiał zaoszczędzenie na kupno własnego domu? W takim razie zgadzam się, politycy, którzy chcieli "upowszechniać" kredyty hipoteczne zachowywali się niezbyt odpowiedzialnie. Sam często o tym pisałem i krytykowałem ich. Problem w tym, że w latach 90 w USA rządził Clinton, nie Reagan. Reagan był już wtedy na emeryturze i z powodu choroby nie angażował się w życie polityczne. Clinton tymczasem nie był zwolennikiem ekonomii podaży, podobnie jak jego następca, Bush junior. "Podażowcy" nie zalecali też budowania dobrobytu długiem i ciągłym napędzaniem "popytu globalnego" - to był konik keynesistów. Wytłumacz mi zatem skąd Twój zarzut pod adresem polityki ekonomicznej Reagana, że za pomocą rzekomego "doktrynerstwa" stworzył on "reżim", który uniemożliwił Amerykanom oszczędzanie na dom?


"Wracajac do "cudu" Erhardta dodam zas ze sprawdza sie on wlasnie wtedy gdy dane spoleczenstwo jest na niskim stopniu rozwoju ekonomicznego - jak RFN po zniszczeniach wojennych- gdyz motywacja jest wtedy ogromna"
I znowu się zgadzam. Przeoczyłeś jednak pewien szczegół: po wojnie RFN rozwijała się szybciej, niż wiele innych zniszczonych wojną krajów, takich jak choćby Wielka Brytania, nie wspominając już o Polsce, czy ZSRR. To po pierwsze. Po drugie szybki rozwój Niemiec rozpoczął się dziwnym trafem po reformie Erharda z 1948 roku. Wcześniej, w latach 1945-1948 gospodarka niemiecka znajdowała się w ruinie, a jedyne co się rozwijało, to czarny rynek, który dawał ludziom szanse na jakie-takie utrzymanie się. To Erhard sprawił, że kraj zaczął się rozwijać. Dlaczego on, a nie Marshall? Bo Niemcy dostały w ramach planu Marshalla 1,95 miliarda dolarów. W dzisiejszym świecie te pieniądze byłyby warte 20 miliardów dolarów z "groszami", czyli tyle, ile wpompowały władze USA w pewien koncern, który pomimo tego musiał i tak zamknąć część fabryk, sprzedać niektóre spółki i zwolnić bodaj 1/5 amerykańskich pracowników. Jak myślisz, w jakim stopniu te pieniądze pomogłyby gospodarce zniszczonego wojną kraju, gdyby nie reformy Erharda? Ja myślę, że w małym stopniu. Wracając do pierwszego pytania: dlaczego Niemcy doświadczyły "cudu", a inne kraje nie? Bo Erhard pozwolił Niemcom działać.


Erhard zniósł wojenny system reglamentacji żywności, przywrócił wartość niemieckiej walucie, chronił konkurencję i ograniczył obciążenia podatkowe w taki sposób, by przedsiębiorcom opłacało się wznowić produkcję, a pracownikom opłacało się więcej pracować. W rezultacie produkcja zaczęła nagle rosnąć w bardzo szybkim tempie, bezrobocie spadło do marginalnych rozmiarów ( w połowie lat 50 było już niespełna 100 tysięcy bezrobotnych przy ponad 21 milionach pracujących i to pomimo napływu ludzi ze wschodu Europy ), sklepy zapełniły się towarami, a RFN z ruiny przekształcił się w trzecią potęgę gospodarczą świata. Jak myślisz, czy byłoby to możliwe, gdyby nadal istniały system kartkowy, bezwartościowa waluta i wysokie podatki nałożone i na pracodawców i na pracowników? Ja myślę, że nie.


Odnośnie planu Marshalla, to

Odnośnie planu Marshalla, to warto zapoznać się z gospodarczą historią RFN: Niemcy w ramach planu otrzymały od USA mniej, niż wynosił koszt utrzymania wojsk alianckich w tym kraju. Znacznie więcej zyskała Wielka Brytania, która nie była bardziej zniszczona niż Niemcy. Pomimo tego to Brytyjczycy zazdrościli Niemcom "cudu" gospodarczego, nie na odwrót. Ciekawe dlaczego?
Odnośnie podażowego "reżimu" z czasów Reagana, to nie mam pojęcia dlaczego rozsądne obniżki podatków miałyby pozbawić ludzi oszczędności i uniemożliwić im kupno własnego domu. Zawsze sądziłem, że jeśli podatki maleją, to ludzie mają do dyspozycji więcej pieniędzy, niż przed obniżką, a nie mniej - widocznie się myliłem. Dziękuję, że mi to uświadomiłeś.
Odnośnie ekonomii w pełni się z Tobą zgadzam - ekonomia to przede wszystkim ludzkie działanie, a nie doktryny. Dlatego m. in. wolę ekonomię podażową, opartą na faktach i obserwacjach i pozwalającą ludziom działać od ekonomii popytowej, opartej na teoriach.
Odnośnie doktrynerstwa, też się zgadzam, ale czy nie uważasz, że kwestionowanie dość oczywistych zasług programu Erharda dla rozwoju gospodarczego Niemiec świadczy właśnie o doktrynerstwie?


Prosze o wskazowke

Zechciej mi Wacpan wskazac akapit w ktorym kwestionuje zaslugi Erhardta. Dalibog czytam ten moj post wprost i wspak i nie znajduje. Wspomnialem tylko ze Niemcy mialy pokazny udzial w planie Marshalla i nalezy to uwzglednic. Rowniez nie znajduje w moim poscie ani tyciego slowka na temat podatkow. Zechciej Waszmosc pan przeczytac moj komentaz pod postem "Chlora" on chyba wiele Waszeci wyjasni. Kresle sie szacunkiem


Jeśli ich nie kwestionujesz,

Jeśli ich nie kwestionujesz, to bardzo się cieszę. Uważam natomiast, że reformy Erharda miały dużo większy wpływ na szybki rozwój Niemiec, niż plan Marshalla. Dlaczego tak uważam? Pisałem o tym już dwa razy - raz w odpowiedzi na post skierowany do Chlora. Faktycznie, wyjaśnił on wiele - w każdym razie to, że się nie zrozumieliśmy. Ja pisałem o polityce Reagana, Ty o decyzjach z lat 90. Nie napisałeś wyraźnie o co chodzi, więc pomyślałem, że widzisz przyczynę zbiednienia części Amerykanów w reaganowskiej obniżce podatków. No, ale skoro obaj już wiemy o co chodzi, to po problemie.
Pozdrawiam.


Po urlopie coś mi się pisać nie chce

6

więc jedynie przyznam Ci rację, ale ... dodam tylko, że podatki to skomplikowana sprawa i na przykład ich gwałtowna obniżka mogłaby spowodować zamiast nominalnego wzrostu PKB presję inflacyjną związaną z aktualnym poziomem produkcji potencjalnej. Gdybyś np. zostawił więcej konsumentom w portfelach to zamiast wzrostu produkcji budowlanej miałbyś wzrost i tak już wyśrubowanych cen za m2 mieszkania. Produkcja potencjalna wzrasta powoli, gdyż np. wykształcenie nowego tynkarza(przekwalifikowanie bezrobotnego) trwa ze dwa lata, a to najmniej czasochłonny przykład. Jak taki wzrost powyżej produkcji potencjalnej wyglądał mogliśmy zaobswerwować na przykładzie budownictwa w Polsce po 2006 roku. U nas to z reguły nie była bańka spekulacujna tak jak w USA, a jedynie "przegrzanie" rynku mieszkaniowego.


wykształcenie nowego tynkarza trwa ze dwa lata

portret użytkownika cmss

Powiedz proszę że żartujesz.


Platonicznie...


Opcje wyświetlania odpowiedzi

Wybierz preferowany sposób wyświetlania odpowiedzi i kliknij "Zapisz ustawienia" by wprowadzić zmiany.