warning: date() [function.date]: It is not safe to rely on the system's timezone settings. You are *required* to use the date.timezone setting or the date_default_timezone_set() function. In case you used any of those methods and you are still getting this warning, you most likely misspelled the timezone identifier. We selected 'Europe/Berlin' for 'CET/1.0/no DST' instead in /home/admin/domains/kontrowersje.net/public_html/archiwum/themes/kontrowersje/node.tpl.php on line 86.


Dłuższe perspektywy.

 Minęło właśnie pół roku rządów pana Baracka Obamy w USA. Pan prezydent dochodząc do władzy zapowiadał "zmiany" i faktycznie, wiele się zmienia. Zmieniło się np. poparcie dla prezydenta, na początku kadencji bardzo wysokie, a dziś wyraźnie słabsze. Wprawdzie sondaże nadal dają Obamie ponad 50%, ale pół roku temu dawały mu kilkanaście procent więcej. Jakby tego było mało, to poprzedni prezydenci - Reagan, Bush senior, Clinton i nawet mocno krytykowany Bush junior, osiągali po "półroczu" lepsze wyniki, niż Obama. Co spowodowało ten spadek? Głównie gospodarka. Amerykanie chwalą politykę zagraniczną swojego prezydenta i tutaj w pełni przyznaję im rację, ale jeśli chodzi o ekonomię, to oceniają go znacznie gorzej - na tym polu ma więcej przeciwników, niż zwolenników, czemu też się szczególnie nie dziwię. Obama dochodząc do władzy mówił o zmniejszeniu bezrobocia, tymczasem bezrobocie wciąż rośnie. Rośnie też zadłużenie Stanów Zjednoczonych, które przekroczyło właśnie 11,6 biliona dolarów, co również nie jest dziwne, biorąc pod uwagę, że deficyt budżetowy USA ma wynieść w tym roku 1,75 biliona dolarów i mowa tu o naszych bilionach, nie o amerykańskich. Wygląda więc na to, że polityka oparta na keynesizmie ponosi właśnie klęskę. Kolejną.


  Keynesizm jest czasem nazywany "ekonomią popytu". Lord Keynes uważał bowiem, że popyt stwarza podaż i że w czasie kryzysu rząd powinien pobudzać "popyt globalny", zwiększając w tym celu wydatki ( nawet kosztem wysokiego deficytu ) i pompując w gospodarkę pieniądze, co zaowocuje "pełnym zatrudnieniem" oraz "efektem mnożnikowym", o którym już kiedyś pisałem. To piękna teoria i gdyby była prawdziwa, to byłoby cudownie - nie byłoby kryzysów gospodarczych, albo byłyby one wyjątkowo rzadkie, krótkie i łagodne - wystarczyłoby, że rząd od czasu do czasu "pobudzi popyt". Niestety teoria ta jest nie tylko piękna, ale i błędna, bo oparta na błędnych założeniach. Najważniejszym z tych założeń jest twierdzenie, że "popyt stwarza podaż". Keynes, by udowodnić prawdziwość tej tezy, musiałby najpierw obalić prawo Saya, które mówiło, że jest wręcz przeciwnie i że to podaż stwarza popyt. Czy obalił? Oczywiście, że nie. Twierdził, że ono nie działa, ale nie podał żadnego argumentu, który by to udowadniał. Keynesiści wskazywali wprawdzie na kryzysy nadprodukcji, ale kryzysy te niczego nie dowodzą, bo prawo Saya nie mówi, że jeśli wyprodukujemy byle co, to ktoś to z całą pewnością kupi. Podaż stwarza popyt w innym sensie, a mianowicie w tym, że wartość naszego popytu zależy od wartości naszej podaży. Możemy kupić tylko tyle, na ile sobie zapracujemy. Niektórzy oczywiście nie pracują, a pieniądze mają i tak, ale na nich musi pracować ktoś inny, więc tak, czy siak, najpierw musi zostać dokonana "globalna podaż", by najważniejszy dla Keynesa "globalny popyt" był coś wart. Na tym właśnie polega prawo Saya. Załóżmy jednak na chwilę, że Keynes miał rację i że Say faktycznie się mylił. W tej sytuacji popyt jest najważniejszy. Nie trzeba go jednak "pobudzać", bo jeśli jakieś dobro jest komukolwiek, do czegokolwiek, w jakikolwiek sposób przydatne, to popyt na to dobro będzie zawsze. Problem w tym, że sama chęć, by je kupić nie ma żadnej wartości. Potrzebne są jeszcze pieniądze, ale czy tylko pieniądze? Nie.   Jeśli wartość naszego popytu zależałaby tylko od ilości naszych pieniędzy, to wystarczyłoby drukować i szybko stalibyśmy się bogaci. Niestety, życie jest nieco bardziej skomplikowane i napełnianie gospodarki pieniądzem nie powoduje wzrostu bogactwa. Pieniądz jest bowiem towarem, jak każdy inny i jak w przypadku każdego towaru, tak w przypadku pieniądza, wraz ze wzrostem podaży maleje cena. W przypadku pieniądza "ceną" są dobra, które możemy za pieniądze kupić, zatem im bardziej zwiększymy ilość pieniądza, tym bardziej wzrosną ceny. Potrzebujemy więc czegoś jeszcze, by nasz popyt "dowartościować" i tym czymś jest właśnie podaż - musimy dokonać podaży jakiegoś dobra, by nasz popyt miał jakąś wartość. Musimy sobie zapracować na to, co chcemy kupić. Tak więc Lord Keynes nie miał racji, podstawa jego teorii była błędna. Nie jest więc zaskakujące, że teoria ta nie sprawdza się w praktyce. Już słynny "Nowy Ład" Roosevelta okazał się niepowodzeniem, choć dziś wiele osób twierdzi, że wyciągnął on kraj z kryzysu. Nie jest to jednak prawdą, bo po pierwsze Roosevelt doszedł do władzy w momencie, gdy sytuacja się uspokajała i kryzys powoli dobiegał końca, a po drugie "Nowy Ład" wcale nie był nowy. Był jedynie rozszerzeniem i kontynuacją polityki Hoovera, która również była oparta na interwencjonizmie. Hoover bowiem, oprócz działań protekcjonistycznych ( ustawa celna Smootha-Hawleya, która podnosiła cła na 25 tysięcy produktów o 58%, wywołując tym samym działania odwetowe ze strony innych państw, co doprowadziło do załamania się światowego handlu i do przerodzenia się zwyczajnego kryzysu w Wielką Depresję ), podejmował także działania interwencjonistyczne - organizował roboty publiczne ( budowa Zapory Hoovera, itp. ), podnosił płace w budżetówce. Do zwięszania płac namawiał także prywatnych przedsiębiorców, tłumacząc im, że robotnicy dzięki większym zarobkom rozruszają gospodarkę - widać tu typowo keynesowskie myślenie i to jeszcze zanim Keynes wydał swoją "General Theory...".  

Polityka Hoovera nie była nieskuteczna. Była przeciwskuteczna. Pracodawcy, którzy zdecydowali się podnieść płace lepiej wykwalifikowanym robotnikom, zwalniali robotników gorzej wykwalifikowanych, co tylko zwięszało bezrobocie. Roboty publiczne w niczym tu nie pomagały i dopiero rozszerzenie ich zakresu za czasów Roosevelta pomogło zmniejszyć bezrobocie ( które i tak nie spadło poniżej 14% ). Oczywiście państwowe inwestycje były kosztowne, więc Roosevelt znacjonalizował złoto obywateli i zdewaluował dolara. Mimo to zadłużenie państwa wzrosło - okazało się, że rząd nie może rozmnażać bogactwa, jak chciał Keynes, może jedynie "przesuwać" je z miejsca na miejsce. W 1937 roku Roosevelt był zmuszony zmniejszyć wydatki i ograniczyć inwestycje państwowe. Inwestycje te nie mogły jednak zostać zastąpione przez inwestycje sektora prywatnego, bo rząd - polityką "Nowego Ładu" oraz podwyżkami podatków - skutecznie wypłukał ten sektor z pieniędzy. Zaczęła się zatem kolejna recesja. Indeksy na giełdzie spadły o 49%, PKB o 3%, do 19% wzrosło bezrobocie. Dopiero wzrost wydatków na zbrojenia i wojna sprawiły, że gospodarka zaczęła się rozwijać, choć był to "rozwój", przy którym recesja nie wydaje się być największą katastrofą. Po wojnie sytuacja wróciła do normy, świat zaczął podnosić się z ruin. Jednocześnie wiele państw stosowało keynesowską politykę. W USA stosował ją np. Johnson, który rozbuchał wydatki państwowe, związane z wojną w Wietnamie i z programami socjalnymi w kraju. Efekt? Inflacja. Z inflacją od początku lat 60 borykała się także Wielka Brytania, gdzie był to problem na tyle poważny, że w 1966 roku uchwalono "Price and Income Act", za pomocą którego rząd chciał kontrolować płace i ceny. Jednocześnie jednak cały czas zwiększano wydatki - "Ministerstwo Głupich Kroków" Monty Pythona to satyra na tamtą politykę, która polegała na tworzeniu mnóstwa urzędów i przyznawaniu im gigantycznych budżetów, by pobudzić gospodarkę. Co pobudzono? Inflację.


 

Rosnące ceny zaczęły być szczególnie poważnym problemem w latach 70, gdy "kryzysy naftowe" i załamanie się systemu monetarnego z Bretton Woods, stały się gwoździem do trumny dotychczasowej polityki gospodarczej. Najmocniej ucierpiała wtedy Wielka Brytania, gdzie w 1979 roku inflacja sięgneła 25%. Jednocześnie wzrosło bezrobocie, a gospodarka praktycznie przestała się rozwijać. Poważne kłopoty przeżywały też Stany Zjednoczone. Wszystko to sprawiło, że keynesizm stracił na znaczeniu i nastąpił radykalny odwrót od niego. W teorii i praktyce ekonomicznej zaczęły dominować monetaryzm i ekonomia neoklasyczna. Sztywna polityka monetarna prowadzona w Wielkiej Brytanii przez panią Thatcher, a w USA przez Fed, doprowadziła do szybkiego ograniczenia inflacji poniżej poziomu 4%. Zachwyt monetaryzmem był jednak krótkotrwały. Z czasem wielu keynesistów zmodyfikowało swoje teorie, odkładając na bok "mnożnik" i inne cuda, głosząc za to tezę o sztywności cen w krótkim terminie. Teza ta zyskała sporą popularność i stała się ważnym elementem "neoklasycznej syntezy", która połączyła poglądy wielu szkół ekonomicznych - głównie monetarystów i keynesistów - w jedną całość. Całość, głoszącą, że deficyt jest złym zjawiskiem i że państwo nie jest w stanie cudownie pomnożyć dobrobytu, rynek natomiast dąży do równowagi i w czasie kryzysu jest w stanie wyregulować się sam. Mimo to dobrze byłoby, gdyby rząd, czy bank centralny, w nagłych wypadkach zastosował "politykę antycykliczną", która "pomoże" rynkowi i przyspieszy "naprawę" gospodarki. Pogląd ten nie robi złego wrażenia, przeciwnie, wydaje się "pragmatyczny" i daleki od "doktrynerstwa". W rzeczywistości jednak jest to tylko nieco zmodyfikowany keynesizm, w dalszym ciągu oparty na tezie, że w krótkim okresie czasu mamy "pobudzać" gospodarkę, a "w dłuższej perspektywie wszyscy będziemy martwi". Różnice między "syntezą", która zdominowała ekonomię, a keynesizmem, są głównie techniczne, o czym mogliśmy się przekonać, gdy po kryzysie w 2001 roku Fed zaczał stosować "politykę antycykliczną". Jak wiemy nie wyszło mu to zbyt dobrze.


 

Czy tym razem wyjdzie? Nie, bo to co obserwujemy obecnie w niektórych krajach to nie jest nawet nowy, zmodyfikowany keynesizm, ale keynesizm w czystej postaci. Znów wszyscy chcą "pobudzać popyt", zwiększając w tym celu deficyt i pompując pieniądze w gospodarkę. Na razie nie przynosi to szkód, bo ludzie nie biorą zbyt wielu nowych kredytów i oszczędzają. Wielu ekonomistów twierdzi jednak, że w dłuższej perspektywie dojdzie do stagflacji, jak w latach 70. Obawiam się, że tym razem perspektywa ta nie będzie na tyle długa, byśmy zdążyli umrzeć, zanim ujrzymy efekty.


5.862858
Twoja ocena: Brak Średnia ocena: 5.9 (7 głosy/głosów)
Zostaw link w miejscach, które odwiedzasz lub/i skorzystaj z gotowych odnośników!

Potrafisz opracować temat?

portret użytkownika cmss
6

rząd nie może rozmnażać bogactwa, jak chciał Keynes, może jedynie "przesuwać" je z miejsca na miejsce.


Platonicznie...


Każda złotówka wydana przez

Każda złotówka wydana przez rząd, to albo złotówka odebrana podatnikom, albo zupełnie nowa złotówka.
Im więcej rząd odbierze złotówek podatnikom, tym więcej będzie mógł dokonać inwestycji i tym mniej inwestycji będzie mógł wykonać sektor prywatny. Tak więc mamy tu do czynienia z przesunięciem bogactwa, a nie z jego rozmnożeniem.
Im więcej rząd "wyprodukuje" całkiem nowych złotówek, tym bardziej wzrosną ceny. Tak więc "kreując" pieniądze też nie pomnożymy bogactwa.
Opracowywać tematu nie będę, bo nie ma czego. Zresztą gdybym się mylił i gdyby to Keynes miał rację, to już dawno mielibyśmy "pełne zatrudnienie", a "efekt mnożnikowy" sprawiłby, że problem wielkiego długu publicznego niemal by nie istniał.


Jeszcze bym dodał, że każda inwestycja państwowa

będzie o wiele droższa od podobnej prywatnej. Nie ma potrzeby oszczędności i zleca się różne prace znajomkom. Ale przede wszystkim rząd jest od rządzenia i stwarzania przyjaznych ram prawnych dla inwestorów. Rząd nie jest od inwestowania.


e_krakowski


Szerzej - władza publiczna nie jest od inwestowania

i prowadzenia działaności gospodarczej.


Z własnego podwórka.
Spółki komunalne (100% udziałów miasta) świadczą usługi w mojej branży o 20-25% drożej niż firmy prywatne, przy tych samych wymaganiach jakościowych. No ale w spółkach komunalnych rządzą...no kto?...tak wygrał Pan piwo -związki zawodowe. A dla spokoju społecznego, wicie rozumicie, wybory w 2010 r. Prawo zamowień publicznych? Eeeee. Zamawiamy ekspertyzę prawną i spółkom komunalnym gwarantujemy zamówienie poza procedurą przetargową. Amen.


Jeszcze nigdy tak niewielu nie zrobiło wała z tak wielu


A'propos związków. Związkowcy

A'propos związków. Związkowcy z KGHM na wieść o planowanej ( tzn. nie jestem pewien, czy planowanej, bo wygląda na to, że każdy minister planuje tu co innego ) prywatyzacji spółki ogłosili pogotowie strajkowe. Padła nawet deklaracja, która brzmiała ( cytuję z pamięci, mogę się więc trochę pomylić ): "nie będziemy spokojnie czekać, aż nas zniszczą". Co Ty na to?


Nie bym w pijawkę ewoluował, ale...

portret użytkownika cmss

Z załączonych linków
http://www.kontrowersje.net/node/3728#co...
zdaje się wynikać, że po pewnym czasie cała gotówka znajdzie się w rękach drobnej grupy posiadaczy. Nie jestem pewien czy o to chodzi...


Poniższy link też ciekawy
http://niniwa2.cba.pl/john_gray_o_dwoch_...


i nie jestem pewien czy stwierdzenie: Jest więcej wariatów starych niż młodych.
wystarczy by z problemem się uporać.


Platonicznie...


rząd tworzy miejsca pracy

Drugim pojęciem otwierającym mi scyzoryk w kieszeni jest po: "inwestycje rządowe", "tworzenie przez rząd miejsc pracy"
Rząd może posmarować finansowo jakaś ulubioną firmę, która zatrudni ludzi, ale zabierze w ten sposób chleb innej firmie, która będzie musiała swoich ludzi zwolnić z braku roboty.
Jedyne realne tworzenie nowych miejsc pracy polega na powołaniu nowego urzędu, wówczas faktycznie ilość synekur w administracji wzrośnie, ale uciecha dla podatników z tego powodu raczej żadna.


Chlor


Dobrym przykładem współczesnego keynesizmu

6

jest Japonia. Nie, nie ta Japonia sprzed dwudziestu, trzydziestu lat, ale Japonia z ostatnich kilkunastu lat i współczesna. Niby w innych krajach nie ma yakuzy i keiretsu, ale to raczej żaden argument. Warto poczytać - jak coś znajdę do zlinkuję, bo za gorąco, abym coś sam napisał.


Słyszałem, że sytuacja w

Słyszałem, że sytuacja w Japonii w latach 90 bardzo przypominała to, co obecnie dzieje się np. w USA. Najpierw ( 1986 ) obniżono tam stopy o połowę, co spowodowało powstanie bańki. Aby zapobiec jej nadmiernemu rozrostowi stopy mocno podniesiono ( 1990 ). W rezultacie bańka pękła, zaczął się kryzys. Z kryzysem walczono ponownie ścinając stopy ( tym razem niemal do zera ) i uchwalając w latach 1992-2000 bodaj dziesięć pakietów stymulacyjnych na ogólną sumę 135 bilionów jenów. Dług publiczny mocno się rozrósł ( obecnie wynosi on od 170 do 198% PKB - w zależności od źródła ) i to chyba jedyny poważniejszy efekt tej polityki.


Tak to mniej, więcej wyglądało

z tym, że na pakietach stymulacyjnych podobno najbardziej skorzystała yakuza, urzędnicy i keiretsu. Jednak o ile yakuza i urzędnikom po tych pieniądzach się polepszyło to keiretsu raczej nie bardzo, a gospodarce to już wcale.
PS
Miałem jakiegoś linka poszukać, ale mi się dzisiaj jakoś nic nie chce. Wolne mam


Podobno keiretsu przestają

Podobno keiretsu przestają być tam "modne". Nie wiem, nie interesuję się tym. W każdym razie wszystko wskazuje na to, że wiele krajów powtarza dziś błędy Japończyków. Ciekawe jaki będzie rezultat...


Dwie uwagi

1. Efekty pobudzania popytu w skali mikro, np. poprzez obniżanie cen, promocję itp. trwają do kilku miesięcy. Na efekty decyzji makroekonomicznych trzeba poczekać 1,5-2 lata. Chociaż co do końcowego efektu to - jak zwykle - zgadzam się z Autorem.
2. Poza przedstawioną krytyką Keynsowskiej teorii pobudzania gospodarki warto zwrócić jeszcze uwagę na to, że większość pieniędzy jest pompowana do szeroko pojętego sektora finansowego, który jak narazie nie pali się do ich przepompowywania do sfery realnej.


Jeszcze nigdy tak niewielu nie zrobiło wała z tak wielu


Drodzy panowie, fajnie jest

portret użytkownika czarodziejka
6

Drodzy panowie, fajnie jest was poczytać i nie jest to żadna ironia :) nawet te wstawki o Japonii są dość ciekawe, a w mainstreamach głównie papka i jakieś takie zagubienie.


Pokazujesz coraz rzadszy

Pokazujesz coraz rzadszy talent ukazywania rzeczy skomplikownych prostym i zrozumiałym językiem.
Moje uznanie i 6 gwiazdek.
Od dłuższego czasu się zastanawiam - dlaczego mimo tak oczywistej klęski keynesistowskich metod ratowania ekonomii są one nadal stosowane? Jednym z wyjaśnień może być fakt, że podczas gaszenia pożaru benzyną politycy upieką wiele pieczeni na tym samym ogniu...na, które nawet będą mieli społeczną akceptację...bo ciemny, biedny i przestraszony lud uwierzy, że to "dla jego dobra".
Takie są efekty skrzyżowania ekonomii i demokracji.
Rządy hien nad osłami w czystej formie. Szkoda.


pozdrawiam


YarekQ


Opcje wyświetlania odpowiedzi

Wybierz preferowany sposób wyświetlania odpowiedzi i kliknij "Zapisz ustawienia" by wprowadzić zmiany.