warning: date() [function.date]: It is not safe to rely on the system's timezone settings. You are *required* to use the date.timezone setting or the date_default_timezone_set() function. In case you used any of those methods and you are still getting this warning, you most likely misspelled the timezone identifier. We selected 'Europe/Berlin' for 'CET/1.0/no DST' instead in /home/admin/domains/kontrowersje.net/public_html/archiwum/themes/kontrowersje/node.tpl.php on line 86.


Eurodobrobyt Bałtów i pieniądze Chińczyków.

 Mamy niezawodną receptę na kryzys i to nie tylko dla Polski, ale dla całej Europy! Tym razem nowy pomysł na ratowanie świata zamieścił na swoich łamach "Financial Times". Pomysł ten jest jednak wtórny, bo wcześniej przedstawił go ( choć tylko w skali kraju ) premier Donald Tusk. Tak, tak, tym cudownym lekiem na problemy gospodarcze jest oczywiście euro, a ściślej mówiąc jak najszybsze rozszerzenie eurostrefy na wszystkie 27 krajów UE. Na wszystkie, czyli jak rozumiem również na te, które euro nie chcą, jak np. Wielka Brytania. Nie o wyspiarskie królestwo jednak chodzi, lecz o kraje Europy Środkowo-Wschodniej, które boleśnie przeżywają kryzys. Tyle tylko, że kraje Europy Zachodniej, które mają euro, przeżywają kryzys równie boleśnie co reszta kontynentu, a taka Polska, która euro nie ma notuje wprawdzie niewielki, ale jednak wzrost. Czyżby to oznaczało, że nazwa waluty, jaką się posługujemy nie ma wpływu na stan gospodarki kraju? Chyba tak. Zresztą jak zauważył kiedyś Robert Gwiazdowski, gdyby wprowadzenie euro mogło komuś w czymś pomóc, to wystarczyłoby wprowadzić je w Zimbabwe i wtedy już na całym świecie zapanowałby dobrobyt. Niestety nie jest to takie proste.


Mimo wszystko są ludzie, którzy w ratunek poprzez euro niezłomnie wierzą. I ludzie ci mają argumenty. Jednym z nich jest to, że kraje bałtyckie, które weszły do mechanizmu ERM II uniknęły potężnych wahań kursowych, jakie dotknęły na początku roku Polskę, Czechy, czy Węgry, pozostające poza mechanizmem. To oczywiście prawda, ale skoro zachwalamy stabilność bałtyckich walut, to warto dodać parę słów o tym, czego Bałtowie nie uniknęli. A nie uniknęli kilkunastoprocentowego spadku PKB i bezrobocia, które dla odmiany wzrosło do poziomu kilkunastu procent. Tak więc przykład Litwy, Łotwy i Estonii nie jest przykładem, który stawiałbym komuś za wzór, albo na który bym się powoływał. Autor artykułu w FT stwierdził, że szybkie wejście do strefy euro pomogłoby Łotwie, która ma problemy z utrzymaniem sztywnego kursu swojej waluty. Warto jednak zastanowić się dlaczego Łotwa ma problemy i czy warto było w ogóle decydować się na sztywny kurs. Moim zdaniem nie było warto, ale zacznijmy po kolei i powiedzmy parę słów o Łotwie. Otóż Łotwa przez wiele lat cudownie się rozwijała, miała dość liberalną gospodarkę, niskie podatki i najszybszy wzrost w całej UE. Teraz natomiast trapi ją potężny kryzys, również najsilniejszy w całej Unii: PKB spadło o 18% w ujęciu rocznym, zaś bezrobocie, które kiedyś wynosiło 5-6% wzrosło do 16%. Wprawdzie bankructwo już Łotwie nie grozi, co Łotysze zawdzięczają dużym oszczędnościom budżetowym, ale sytuacja nadal nie jest różowa. Co spowodowało tak duże problemy w tym małym kraju i w innych państwach bałtyckich? Zwolennicy socjalistycznej odmiany ekonomii udowadniają, że problemom winny jest "neoliberalizm", co zresztą nie dziwi - kiedyś winni byli burżuje, czy inni kapitaliści, dziś odpowiedzialność ponoszą neoliberałowie. Ponieważ nie mam już kompletnie pojęcia co neoliberalizm oznacza ( niektórzy zaliczają do tej kategorii nawet ordoliberałów, którzy stworzyli pojęcie "społecznej gospodarki rynkowej", na które tak często powołuje się lewica ), strzelę, że chodzi ogólnie rzecz biorąc o dziki kapitalizm.


Czy to dziki kapitalizm ponosi winę za kłopoty Bałtów? Cóż, jeśli uznamy, że niskie i proste podatki, czy zbyt mała liczba szczegółowych i dziwacznych regulacji prowadzą do zagłady, to z pewnością tak. Ja jednak uważam, że duże podatki szkodzą gospodarce bardziej niż małe, a biurokracja do rozwoju się nie przyczynia i myślę, że oprócz mnie uważa tak jeszcze wielu ludzi. Tak więc skreślam "neoliberalizm" z listy winnych. Zostają więc inne teorie i jedną z nich również opublikował kiedyś "Financial Times". Ta druga teoria mówi o tym, że na Łotwie jest kryzys, bo rząd Łotwy nie pożyczał pieniędzy kiedy mógł to robić, a zamiast tego robił wszystko, by zlikwidować deficyt. Mówiąc prościej oznacza to, że ci idioci zamiast zadłużyć wszystkich obywateli nie pytając ich o zdanie, woleli nie robić swojemu krajowi nowych długów. Z tą teorią też się nie zgodzę, bo nie mam pojęcia w jaki sposób zadłużenie może się przyczynić do rozwoju gospodarczego. No, chyba, że jest to taki rozwój, jaki mieliśmy za Gierka, ale wtedy też to wszystko skończyło się kryzysem i to takim, że sytuacja Łotyszy wygląda w porównaniu z nim wręcz różowo. Przynajmniej nie mają kartek na mięso. Gdzie więc tkwi przyczyna bałtyckiej recesji? W inflacji. Inflacja koszykowa na Łotwie już w 2004 roku była wysoka i wynosiła 5%. Nie wiem jak było na Litwie i w Estonii, tam pewnie były to wskaźniki mniejsze, w każdym razie na Łotwie było jak było. W 2005 roku wszystkie kraje bałtyckie weszły do strefy ERM II, czyli zobowiązały się, że wahania ich walut wobec kursu euro będą nie większe niż 15%. Łotwa narzuciła sobie jescze ostrzejsze kryteria, zobowiązując się utrzymać swojego łata w "widełkach" 1%. I to właśnie było pierwotną przyczyną kłopotów tego kraju.


Jeśli jakiś kraj wchodzi do mechanizmu ERM, to musi liczyć się z tym, że będzie musiał dostosowywać swoją politykę monetarną do polityki Europejskiego Banku Centralnego. W przeciwnym razie, jeśli będzie robił swoje, to może mu grozić wypadnięcie z "widełek" 15%, a z widełek jednoprocentowych wypadnie na pewno. To, że bank centralny kraju ERM będzie koordynował swoją politykę z polityką EBC nie znaczy jednak, że EBC będzie podejmował swoje decyzje biorąc pod uwagę sytuację tylko i wyłącznie tego kraju, co jest przecież oczywiste. EBC prowadził więc własną politykę, która okazała się dla Łotwy zbyt luźna, a mówiąc inaczej zbyt inflacyjna. Wprawdzie EBC nie pompował w gospodarkę tyle pieniądza co Fed, ale dla Łotwy z inflacją na poziomie 5% była to ilość i tak zbyt duża. Nowy pieniądz, podobnie jak w USA, trafiał na rynek w postaci kredytów bankowych, udzielanych masowo i na ogromną skalę. Rosła przez to potężna jak na niewielkie kraje bańka spekulacyjna, bańka, która musiała pęknąć w momencie wybuchu kryzysu w innych krajach. Jednak zanim pękła, zbyt wielka podaż pieniądza przyniosła swoje rezultaty w postaci infacji, która w 2007 roku przekroczyła na Łotwie 13%. Na Litwie była mniejsza, ale i tak przekraczała minimalnie kryteria z Maastricht, bez spełnienia których przyjęcie euro jest niemożliwe. Bałtowie więc euro nie przyjęli, musieli za to nadal utrzymywać sztywny kurs swoich walut, co w momencie wybuchu kryzysu okazało się niemal niemożliwe. Stąd cały ten bałagan, który dotknął Litwę, Łotwę i Estonię, właśnie z pędu do strefy euro, która podobno ma nas zbawić. W jaki sposób? Tego chyba nikt nie wie. Zmaleją wahania kursowe? No i co z tego? Z dwojga złego lepiej mieć spore wahania ( które już zresztą zmalały ) niż wahania minimalne, ale utrzymywane na minimalnym poziomie sztucznie, za pomocą ciągłej interwencji państwa.


Rozszerzenie strefy euro na 27 krajów nikogo nie zbawi i nie jest wcale konieczne. We wspomnianym na początku artykule dowodzono, że takie rozszerzenie przyspieszyłoby proces przyjmowania euro jako waluty światowej w rozliczeniach, zamiast dolara. Argument kiepski, bo euro zapewne zastąpi dolara prędzej, czy później, a o tym kiedy tak się stanie i tak zadecydują Chiny i kraje OPEC, a nie Polska z Łotwą i z Węgrami. My zresztą możemy zacząć się rozliczać w euro bez przyjmowania tej waluty i bez wchodzenia do ERM II, które jest ryzykowne. Autor pisał jeszcze, że warto wykorzystać szansę, bo nowe kraje UE w większości spełniają kryteria z Maastricht. Problem w tym, że niektóre ze starych krajów UE, które już mają euro, ich nie spełniają i nie wiem, czy wchodzenie z nimi do jednego klubu to idealne rozwiązane. Euro nie jest wcale walutą żelazną, a jego kurs utrzymuje się na dość stabilnym, wysokim poziomie, bo taki dolar jest żelazny w jeszcze mniejszym stopniu. Tu w ramach ciekawostki powiem, że prezydent Obama w jakimś wywiadzie stwierdził podobno, że plany ratunkowe najpewniej się skończą, bo rząd nie ma już pieniędzy. Panie Baracku ( jeśli mogę się tak spoufalać ), przecież pański rząd od samego początku nie miał tych pieniędzy, które wydał. To nie pieniądze się skończyły, tylko Chiny przestały je wam pożyczać. Przestały, a przynajmniej nie robią już tego na taką skalę jak kiedyś. Teraz więc, jeśli chciałby pan wydać jeszcze trochę, to musiałby pan nową forsę dodrukować, ale wtedy dolar zacznie lecieć na twarz. Ale niech się pan nie martwi, jeśli tak się stanie, to USA też będą mogły przyjąć euro, to podobno pomaga.


5.52
Twoja ocena: Brak Średnia ocena: 5.5 (4 głosy/głosów )
Zostaw link w miejscach, które odwiedzasz lub/i skorzystaj z gotowych odnośników!

:) Dobre, z przyjemnością przeczytałam. Obamie trzeba

przetłumaczyć, reszcie też.


Pozdrawiam.


Łotysze to typowy przykła przegrzanej gospodarki

6

i dążenie do euro raczej niewiele ma z tym wspólnego. To nie był tygrys tylko mocno nadmuchany domowy kocur. Bańka nieruchomościowa, która dawała bardzo dużą część z ponad 10% wzrostu PKB kiedyś musiała pęknąć i pękła tak jak w innych krajach. Ból był większy, gdyż nieruchomości, a raczej budownictwo we wzroście PKB miały olbrzymi udział.
PS
Bańkę finansowały banki skandynawskie. Ciekawe czy wypłaty były w Latach, czy w Euro. Jeżeli w Latach to d... dał Łotewsk Bank Centralny (chociaż przecież drukował Lata pod wzrost), jeżeli w Euro to winny już nie jest taki oczywisty.
PS2
Euro to tylko i wyłącznie niższe koszty transakcyjne i brak ryzyka kursowego. Panaceum na inne bolączki nie jest i nigdy nie było:)


Będę się jednak upierał, że

Będę się jednak upierał, że dążenie do euro ma wiele wspólnego z całą tą sytuacją. Gdyby Łotysze nie weszli do ERM II, nie wybrali zbyt ambitnych jak na swoje warunki "widełek" 1% i mogli prowadzić w pełni niezależną od EBC politykę monetarną, to mogliby podjąć kroki zmierzające do ograniczenia inflacji i nadmiernego kredytowania. Oczywiście pod warunkiem, że ich bank centralny byłby mądrzejszy od Fed i nie chciałby "stymulować" gospodarki, co wcale nie jest takie pewne. Co do bańki, to faktycznie główną rolę odegrali Skandynawowie, choć banki łotewskie nie były "gorsze", weźmy np. taki Parex, którego pakiet kontrolny rząd Łotwy kupił za dwa łaty ( równowartość trzech euro ). A euro to nie tylko niższe koszty i zerowe ryzyko, ale także ustalane we Frankfurcie stopy procentowe. Skutki tych stóp odczuła np. Irlandia, dla której były one po prostu zbyt niskie, co wpędziło ją w podobną sytuację, w jakiej znalazły się USA.


eeee w inflacji to akurat ERM2 raczej pomoga

Te 1,5 % to naprawdę mocna kotwica.
Co do kredytowania to mądrzy chyba nie byli, ale co się dziwić Łotyszom. Duży wzrost PKB, chyba dla polityka w każdym kraju, to jak dla kota waleriana. Nie wiem czy tygrysy też są czułe na walerianę, ale już ustaliliśmy, że o tygrysach nie mówimy.
PS
Co do tych stóp to ideałem chyba by było ustalanie różnych stóp procentowych dla różnych branż (szczególnie dla nieruchomości), ale przecież to fikcja, a na pieniądzach nie da się zrobić nadruku "tylko na żywność" albo "inwestycje przemysłowe"


1,5% czego? To "cel

1,5% czego? To "cel inflacyjny" EBC? Zresztą mniejsza z celem, na Łotwie inflacja koszykowa w czerwcu 2008 roku, a więc u szczytu bańki, dobiła do 17,9%. Stopy procentowe dla Łotwy były po prostu zbyt niskie, a Łotysze nie mogli ich swobodnie zmieniać, by nie wypaść z "widełek". A co do stóp, to wystarczy, by bank centralny nie używał ich do "podtrzymywania wzrostu", czy innego "ratowania" gospodarki.


Kryterium inflacyjne.

Inflacja w kraju ubiegającym się o członkostwo w strefie euro nie może przekraczać o więcej niż 1,5 pkt. proc. średniej inflacji w trzech krajach członkowskich UE najlepszych pod względem stabilności cen.
Natomiast co do stóp to rządzący mają poważny dylemat. Niskie stopy to tani kredyt dla producentów, ale jednocześnie jeszcze tańszy dla kredytobiorców hipotecznych - kwestia kalkulacji banku - czyli potencjalnych dmuchających w bańkę. Cholera wie co wybrać, a na banki nakazu regulowanych dla poszczególnych branż stóp raczej nałożyć nie można.


Aaa, to o to ci chodzi.

Aaa, to o to ci chodzi. Kryteria z Maastricht znam, a problem leży w tym, że Łotwa była do tych kryteriów pod względem inflacji zupełnie niedostosowana. Jeżeli chodzi o stopy, to jedynym kryterium, jakie stosuje bank centralny przy ich ustalaniu, powinno być kryterium inflacyjne. Głównym zadaniem banków centralnych powinna być przecież troska o stabilność waluty, a jeśli tego zadania nie spełniają, to ich istnienie nie ma sensu.


wątpliwy interes

Na chłopski rozum powszechne euro polega na tym że gospodarki poszczególnych kraików muszą dopasować się do potrzeb tych paru krajów które mają coś do gadania w Unii.
Dzięki centralnie sterowanej walucie można koszty porażek gospodarczych rozproszyć w masie europejskiej, a dla odmiany korzyści skierować do wybranych.


Ostatecznie dla silnego kraju przyjęcie euro ma niewielkie znaczenie, natomiast kraje drugorzędne powinny mocno się zastanowić czy im się opłaci ten biznes.


Chlor


Opcje wyświetlania odpowiedzi

Wybierz preferowany sposób wyświetlania odpowiedzi i kliknij "Zapisz ustawienia" by wprowadzić zmiany.