warning: date() [function.date]: It is not safe to rely on the system's timezone settings. You are *required* to use the date.timezone setting or the date_default_timezone_set() function. In case you used any of those methods and you are still getting this warning, you most likely misspelled the timezone identifier. We selected 'Europe/Berlin' for 'CET/1.0/no DST' instead in /home/admin/domains/kontrowersje.net/public_html/archiwum/themes/kontrowersje/node.tpl.php on line 86.


Lajkonik i niewiarygodny przypadek

Pan Ignacy Lajkonik szedł sobie ulicą, pogrążony w myślach. Nic nie układało się tak, jak powinno. Poradził sobie wprawdzie z bałwanami i z podatkami (nie mógł się zdecydować, która z tych spraw cieszyła go bardziej), ale zaraz potem nie otrzymał intratnego zlecenia, które pozwoliłoby mu nie martwić się bałwanami i zapłacić podatki. Pani Chandra wciąż nie mogła ani wrócić z Indii, ani nawet określić, kiedy można się będzie jej spodziewać. Karol z Pauliną coś się nie pojawiali i właściwie trudno było powiedzieć, dlaczego. Natomiast co do akwizytorek, które kiedyś nawiedziły pana Ignacego wczesnym rankiem, to również się nie pojawiały, ale zamiast nich w skrzynce co jakiś czas pojawiały się znaczące liściki.


Wszystkie te sprawy tak zaprzątnęły głowę panu Lajkonikowi, że nie zwrócił uwagi na jadący samochód i wmaszerował na jezdnię tuż przed nim. Samochód zaczął z piskiem opon hamować, a pana Ignacego tak to zaskoczyło, że zamiast uciekać – stanął jak wryty na środku jezdni. Na usprawiedliwienie pana L. powiedzmy, że było to miejsce bez zaznaczonego przejścia dla pieszych, ale od zawsze piesi przechodzili tam przez ulicę, a kierowcy wiedzieli, że trzeba tu uważać. No, ten konkretny kierowca nie wiedział. Ale na szczęście jechał tak przytomnie, że zatrzymał się – jak na kiepskiej komedii – zderzakiem tuż przy kolanach pana Ignacego. Dosłownie tak blisko, że pobrudził mu tym zderzakiem spodnie!


Drzwi się otworzyły i szofer wyskoczył z samochodu z soczystym słowem na ustach. Podbiegł do pana Lajkonika, zmierzył go wzrokiem… i zamilkł, a w jego oczach pojawiło się zastanowienie. Również i pan Ignacy, przygotowany na solidną połajankę, popatrzył ze zdumieniem na kierowcę.
– Kostek? Konstanty… Statys?
- Konik? Ignacy Lajkonik?
I obaj panowie – zamiast rozpocząć ku uciesze gapiów i czytelników zajadłą pyskówkę – padli sobie w ramiona. Kierowcą okazał się bowiem serdeczny kolega pana Ignacego z akademika, matematyk i gitarowy bard, Konstanty Statys. Obaj panowie swego czasu spędzali godziny na długich Polaków rozmowach przy piwie, rzadziej miodzie-trójniaku, a najdziwniejsze było to, że przypadli sobie do gustu, mimo że Lajkonik studiował kierunek humanistyczny, a Kostek – ścisły. Konkretnie analizę matematyczną. Niestety ich drogi się rozeszły i od zakończenia studiów jakoś nie mieli ze sobą styczności.


– Ignac, spieszysz się gdzieś? Nie? To wsiadaj, pogadamy, nie będziemy tak stać – rzucił pan Konstanty, kiedy już wyściskali się wylewnie i udali, że nie dosłyszeli mruknięcia starszego, apoplektycznego pana na temat gejów, którzy stają się coraz bezczelniejsi. Pan Lajkonik otrzepał dyskretnie nogawki i wsiadł do samochodu, uśmiechnąwszy się szeroko. Ruszyli. – No i co tam u ciebie? – zagaił pan Statys. Pan Ignacy streścił mu, jak sprawy stoją, a kiedy opowiadał, jego uwagę przyciągnęły dwie kości do gry, dyndające na sznurkach pod lusterkiem. Zakończył więc swoje opowiadanie pytaniem o ten gadżet, albowiem cała reszta wnętrza samochodu, jak również sam Kostek, wybitnie nie pasowali do tych kostek.



Kolega uśmiechnął się pod nosem. – Zawsze byłeś spostrzegawczy. Zgadza się, to nie głupawa ozdoba, to coś w rodzaju godła. Wiesz z czego pisałem magisterkę? Z teorii prawdopodobieństwa. Tak się składa, że temat mi się spodobał i po dyplomie zacząłem drążyć głębiej. No i doszedłem do… niezłych wyników!
– No proszę – podchwycił pan Ignacy – a do jakichże to?
– Ha! A do takichże! – i tu pan Konstanty klepnął z rozmachem w podłokietnik – Zatrzymajmy się tutaj, to ci opowiem, zresztą mam tu coś do załatwienia.
Stanęli na dużym parkingu niedaleko nowo wybudowanego stadionu, którego projektanci spisali się na medal, ale nieco wyszczerbiony, mianowicie zapomnieli o toaletach. Dlatego wokół stadionu niebieściły się budki znanej firmy, a okoliczni mieszkańcy ze złośliwymi uśmieszkami powtarzali dowcip o tym, jakiej też złowonnej substancji wart jest projekt.


– Wyobraź sobie, stary – zaczął pan Kostek – że zająłem się tym, co na moim poletku najbardziej dochodowe. Znaczy grami losowymi. Jak widzisz, z sukcesem – ten samochód właśnie wygrałem na loterii, tej ze świstakiem. Bo widzisz – tu przysunął się bliżej do pana Lajkonika i zniżył głos – przez te wszystkie lata pracowałem nad formułą, nad systemem obliczeń, wiesz, rachunek różniczkowy, zaawansowane funkcje… słowem, taką, która pozwoli mi wygrywać praktycznie we wszystkie losowe gry! I jestem blisko... A ten samochód to, że tak powiem, efekt uboczny. A dzisiaj przyjechałem tutaj, żeby poeksperymentować i zrobić parę ostatecznych obliczeń. Chodź ze mną, przyda mi się twoja pomoc…


Panowie wysiedli z samochodu i spacerowym krokiem ruszyli w kierunku wejścia na stadion. Po drodze pan Konstanty tłumaczył panu Ignacemu, intensywnie gestykulując: – Wszystko jest funkcją! Wszystko można obliczyć! Weźmy na przykład takie losowanie we Frotto. Prawdopodobieństwo trafienia kompletu liczb jest takie, jak trafienia lotką do dartów w pięciozłotówkę schowaną na boisku piłkarskim, i to właśnie mam zamiar sprawdzić. Tutaj –¬ tu wręczył panu Lajkonikowi nieduży, okrągły kartonik – jest cel. A ja mam lotki. Staniesz na środku boiska, zakręcisz się parę razy dookoła osi z zasłoniętymi oczyma, a potem rzucisz przed siebie ten żeton, jak umiesz najmocniej. Wtedy wchodzę ja i zaczynam rzucać lotkami. A potem zobaczysz.


I tak też zrobili. Najpierw pan Ignacy rzucił przed siebie żeton, nie wiedząc, gdzie rzuca, a potem na białej kropce, wyznaczającej farbą środek futbolowego boiska, stanął pan Kostek. Odchylił ramię i wyrzucił lotkę po stromej paraboli – poleciała wysokim łukiem, mignęła metalową częścią w słońcu i z impetem wbiła się… no właśnie, czy w murawę? Pan Lajkonik truchcikiem podbiegł do miejsca, z którego wystawały małe, czerwone skrzydełka, chwycił lotkę i bez słowa zaniósł ją koledze. Na metalowym szpikulcu tkwiło małe, żółte kółeczko z tektury.


Kiedy pan Konstanty zobaczył to i pojął, co widzi, na jego obliczu odmalowało się najpierw bezkresne niedowierzanie, potem bezsilna wściekłość, a w końcu beznadziejna rozpacz. Wydał z siebie głuchy jęk, nogi się pod nim ugięły i opadł na murawę, ukrywszy twarz w dłoniach.
– Kostek! Konstanty! Co się stało? O co chodzi? – dopytywał przestraszony pan Ignacy – Dlaczego tak? Przecież trafiłeś?
Pan Statys nie odpowiadał przez dłuższą chwilę, aż w końcu wymamrotał przez dłonie kilka wyrazów, które ciężko było uznać za spójną wypowiedź – Najniższe prawdopodobieństwo… Jeżeli tutaj się udało… To we Frotto już nie… Prawdopodobieństwa się mnożą... Dwa ułamki dają ułamek do kwadratu, o wiele mniejszy... Nic dwa razy się…
Pan Lajkonik pokiwał na to głową. Delikatnie pomógł koledze wstać i zaprowadził go na trybuny, posadził załamaną, skurczoną postać na ławeczce i poszedł do samochodu po apteczkę. „Kto wie, może będą tam jakieś środki uspokajające?”, pomyślał.


Po drodze, w przejściu pod trybunami pan Ignacy zobaczył niskiego mężczyznę w roboczym kombinezonie, który z wysiłkiem pchał przed sobą wielką maszynę z okrągłymi szczotkami wystającymi od dołu.
– Dzień dobry – ukłonił się grzecznie pan Lajkonik
– A dobry, dobry – mężczyzna zatrzymał się i otarł pot z czoła, rad z chwili oddechu – ale mógłby lepszy być. Panie, co tu się działo wczoraj!
– Oo? A co się działo? – zaciekawił się pan Ignacy. Mężczyzna spojrzał na niego niepewnie, ale w końcu uznał, że pytanie musiało być szczere – Widać, że z pana szanownego żaden kibic. Nasi grali, nasi z tymi tam, no, z Brakowa. Panie, kibole szaleli, co to nie leciało na boisko! Nie żeby butelki, tego to pilnują, ale papier toaletowy, jakieś cynfolie, a na końcu, jakby się zmówili, rzucali takie grube konfeti.
Zaalarmowany pan Lajkonik wyjął z kieszeni mały, okrągły kartonik.
– Takie? – zapytał.
– O, to to! I ja to, panie szanowny, muszę teraz sprzątać. Dobrze, że zamiatarka jest, bo jakbym tak mietłą musiał zasuwać…


Ale pan Ignacy już wiedział, że musi powiedzieć swojemu koledze coś ważnego o prawdopodobieństwie i zbiegach okoliczności. Pożegnał się grzecznie, obrócił na pięcie i poszedł szybkim krokiem z powrotem na stadion. Włożył rękę do kieszeni i namacał znajomy kształt – to indyjski słoń, którego nosił w charakterze breloczka do kluczy, żeby ich nie zapomnieć (słonie, jak wiadomo, mają doskonałą pamięć). Pogładził wypolerowaną kamienną figurkę i uśmiechnął się sam do siebie: Jak to dobrze, że są jeszcze rzeczy, których nie można policzyć i ująć w matematyczne wzory!


_____________


Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.
 


'); //-->'); //-->
6
Twoja ocena: Brak Średnia ocena: 6 (7 głosy/głosów)
Zostaw link w miejscach, które odwiedzasz lub/i skorzystaj z gotowych odnośników!

Taaak. Kiedyś mi 100 kopii na kolorowym papierze bylo potrzeba

portret użytkownika solano
6

I wzięłam z ryzy tyle, co mi się wydawało akurat, i się okazało, że wzięłam równo 100.
Powinnam zagrać w lotto?
Nie, szansę straciłam przy kopiarce :(


To po ile dziś powietrze?


Żebym to ja wiedział

portret użytkownika quackie

jakie jest prawdopodobieństwo wyciągnięcia równo setki kartek!


_________
Zarzucił staruszek sieć w morze. Odczekał, próbuje wyciągnąć.
Ciągnie ją i ciągnie i wyciągnąć nie może.
Aż w końcu odezwał się głos z nieba.
Powiedział "SIEĆ JEST OBECNIE NIEDOSTĘPNA".


Tam, gdzie w ryzę wsadzisz rękę...

portret użytkownika solano

Lepiej skup się na loteryjnym losie.


To po ile dziś powietrze?


Słusznie!

portret użytkownika quackie

A jak jeszcze ktoś jest matematykiem... Może zarabiać - jak pan Kostek - albo życzliwie powiadomić organizatora, że coś z loterią nie halo i wyniki można przewidzieć - http://www.geekweek.pl/statystyk-zlamal-...


_________
Zarzucił staruszek sieć w morze. Odczekał, próbuje wyciągnąć.
Ciągnie ją i ciągnie i wyciągnąć nie może.
Aż w końcu odezwał się głos z nieba.
Powiedział "SIEĆ JEST OBECNIE NIEDOSTĘPNA".


Policzyć, czy zwyczajnie zjeść bez liczenia?

portret użytkownika solano
6


To po ile dziś powietrze?


Zanim policzysz

portret użytkownika quackie

to już się nie będzie nadawać do jedzenia. Lepiej zjeść!


_________
Zarzucił staruszek sieć w morze. Odczekał, próbuje wyciągnąć.
Ciągnie ją i ciągnie i wyciągnąć nie może.
Aż w końcu odezwał się głos z nieba.
Powiedział "SIEĆ JEST OBECNIE NIEDOSTĘPNA".


Zrobione!

portret użytkownika solano

Jedzenie, oczywiście.


To po ile dziś powietrze?


Żeby nie było, że tylko

portret użytkownika Jasmine
6

Żeby nie było, że tylko Solano jest fanką Pana Lajkonika.:)


Dziwne, ale czytając tym razem nawet przez moment nie pomyślałam o powrocie Pani Chandry. Wystarczająco magiczne okazały się dla mnie te wszystkie różniczki, rachunki nieprawdopodobieństwa i inne takie nie z tego, mojego, świata.:)


PS: Czy zauważyłeś, że coraz mniej jest chętnych do czytania TAKICH tekstów? Sama może bym czasem coś, jako odskocznię od korekty cudzych, ale... Wychodzi na to, że pisałabym sama dla siebie.


Żeby przyciągnąć czytelników koniecznie trzeba pobluzgać na polityków? Smutne.:( Chociaż... Ten portal CHYBA jest właśnie po to i takich użytkowników przyciąga.


Wszyscy jesteśmy Aniołami z jednym skrzydłem. Musimy się mocno objąć żeby polecieć.


Lubimy ludzi, którzy bez wahania mówią to, co myślą, pod warunkiem, że myślą to samo co my.
Mark Twain


Widzę

portret użytkownika quackie

zresztą nie trzeba specjalnej magii, wystarczy się cofnąć nawigacją i pod każdym tekstem jest liczba odsłon : (


Dopóki ilość komentarzy > 0, jest sens pisać.


_________
Zarzucił staruszek sieć w morze. Odczekał, próbuje wyciągnąć.
Ciągnie ją i ciągnie i wyciągnąć nie może.
Aż w końcu odezwał się głos z nieba.
Powiedział "SIEĆ JEST OBECNIE NIEDOSTĘPNA".


nie ma czasu się podrapać

Ludzie są dzisiaj strasznie zaganiani, bo środa to jedyny prawdziwy dzień roboczy w tygodniu.
W czwartek już za późno żeby brać się za coś poważnego.


Chlor


dziwne skutki rachunku prawdopodobieństwa

6

Kiedyś pewien węgierski matematyk stworzył całkowicie poprawną pod względem naukowym teorię światów sprzężonych. W myśl tej teorii, jeśli np Lajkonik rzuca monetą i wypada mu reszka, to w jednym z innych światów wypada mu (albo jego kopii) orzeł, czyli zachodzą równocześnie wszelkie warianty zdarzeń, ale każde gdzie indziej, i obserwujemy tylko jeden z nich.
Uczeni zebrani w Kopenhadze (chyba Einstein jeszcze żył wtedy) postanowili odrzucić powyższą teorię mimo że nie znaleźli w niej błędów matematycznych, i na papierze wszystko grało, uznali jednak że jest zbyt szokująca.
Zawarty układ nazwano w nauce "umową Kopenhaską".


Chlor


?

portret użytkownika cmss

Dzięki Ci Kocie.:) Nie znałam

portret użytkownika Jasmine

Dzięki Ci Kocie.:) Nie znałam wcześniej Eels.



Wszyscy jesteśmy Aniołami z jednym skrzydłem. Musimy się mocno objąć żeby polecieć.


Lubimy ludzi, którzy bez wahania mówią to, co myślą, pod warunkiem, że myślą to samo co my.
Mark Twain


A to znasz?

portret użytkownika muray

Teraz już tak.:) Dziękuję.:)

portret użytkownika Jasmine

Teraz już tak.:) Dziękuję.:)


Wszyscy jesteśmy Aniołami z jednym skrzydłem. Musimy się mocno objąć żeby polecieć.


Lubimy ludzi, którzy bez wahania mówią to, co myślą, pod warunkiem, że myślą to samo co my.
Mark Twain


No no

portret użytkownika quackie

To by się zgadzało z koncepcją multiwersum, a nawet uzupełniało ją. Wygląda mi na to, że koncepcja tych światów jest rozwinięciem "normalnej" teorii prawdopodobieństwa. Innymi słowy - w multiwersum zdarzyło się WSZYSTKO, czyli prawdopodobieństwo zdarzenia się CZEGOKOLWIEK jest równe 1, a taka koncepcja sprzężenia elegancko to tłumaczy (w światach sprzężonych prawdopodobieństwa cząstkowe uzupełniają się do jedności).


_________
Zarzucił staruszek sieć w morze. Odczekał, próbuje wyciągnąć.
Ciągnie ją i ciągnie i wyciągnąć nie może.
Aż w końcu odezwał się głos z nieba.
Powiedział "SIEĆ JEST OBECNIE NIEDOSTĘPNA".


Uff! Nareszcie Pan Lajkonik zszedł ze strony głównej

portret użytkownika solano
6

Bo takie tam towarzystwo było, że Panu Lajkonikowi nie przystaje...


To po ile dziś powietrze?


Może i żyjemy w najlepszych czasach

6

ale moje zapotrzebowanie na taki układ słów i treści jeszcze długo nie wygaśnie.


Szlachetne i dyskretnie odmienne, chciałoby się powiedzieć, że jak w starych dobrych czasach, czy raczej, jak w nostalgicznych wspomnieniach starych dobrych czasów. Klimat. Tych starych dobrych czasów najprawdopodobniej jeszcze nigdy nie było, tym bardziej cieszy łapczywie, że Pan Kłaczek potrafi je tak wiernie ODSTWORZYĆ.


Dla mnie jest to wspinanie się bardzo wysoko zawieszonego cyklu, rzadkie połączenie kultury i sztuki.
Brawo


Opcje wyświetlania odpowiedzi

Wybierz preferowany sposób wyświetlania odpowiedzi i kliknij "Zapisz ustawienia" by wprowadzić zmiany.