warning: date() [function.date]: It is not safe to rely on the system's timezone settings. You are *required* to use the date.timezone setting or the date_default_timezone_set() function. In case you used any of those methods and you are still getting this warning, you most likely misspelled the timezone identifier. We selected 'Europe/Berlin' for 'CET/1.0/no DST' instead in /home/admin/domains/kontrowersje.net/public_html/archiwum/themes/kontrowersje/node.tpl.php on line 86.


Lajkonik i trójkątne bermudy

dedykowane O. – Odkrywczyni pewnego Fenomenu


Pan Ignacy Lajkonik stał i płonął. Płonął ze wstydu, chociaż prawdę mówiąc, nie miał aż takiego powodu, żeby się palić, no, może conieco zarumienić. Powód był w gruncie rzeczy banalny - otóż rano pan Ignacy ubierał się jeszcze przed spożyciem pierwszej kawy, a ponieważ poprzedniego wieczoru do późna pracował, założył na siebie ubranie w stanie nie do końca świadomym. Owszem, było czyste i schludne, ale nijak nie dało się ukryć faktu, że na jednej nodze pan Lajkonik miał skarpetkę w kolorze granatowym, a na drugiej – ciemnoszarą. Gdyby to, nie daj Boże, zobaczyła pani Chandra!


Pan Ignacy zorientował się w kwestii własnych skarpetek dopiero wtedy, gdy kolejny sprzedawca na bazarku spojrzał dziwnie na jego kształtne łydki, doskonale widoczne, ponieważ ze względu na pogodę pan Lajkonik miał na sobie bermudy za kolana. Popatrzył w dół, w pełnym świetle słońca zarejestrował różnicę kolorów, po czym straciwszy panowanie nad sobą i jedno jabłko, które wypadło z siatki podczas przyspieszania, ruszył gwałtownie w kierunku domu. Tak gwałtowny ruch zwrócił na pana Ignacego uwagę dwóch ładnych dziewczyn, co w normalnych okolicznościach bardzo by mu pochlebiło. Teraz jednak przyspieszył kroku, a ponieważ, jako się już na wstępie rzekło, cały płonął, zaczął nieco przypominać naziemną kometę. Kiedy mijał postój taksówek, jeden z kierowców wyskoczył z samochodu z gotową do akcji samochodową gaśnicą, ale zobaczył, co się dzieje i opuścił ją, kręcąc tylko głową z niedowierzaniem.


Jeszcze chwilę, już niedaleko, drzwi na klatkę, schody, drzwi do mieszkania, klucz, otworzyć, wejść, zamknąć za sobą, już. Pan Lajkonik oparł się o ścianę, przestał płonąć, a potem powoli zaczął dochodzić do siebie, z przystankami na nabranie tchu podczas tego dochodzenia. Gdy już całkiem się uspokoił, w głowie zakiełkowało mu straszne podejrzenie. Rzucił się do komody, do szuflady z bielizną i skarpetkami, którą tego samego dnia rano otwierał jeszcze tak spokojnie, by nie rzec – nieświadomie, i wyciągnął parę skarpetek, chytrze zwiniętą w kulkę, by wykluczyć pomieszanie się skarpet z różnych par. Rozwinął ją i zamarł. Zamiast dwóch czarnych skarpetek, obok czarnej miał w dłoni skarpetkę ciemnozieloną, w odcieniu kuchni polowej LWP. Zaczął sprawdzać kolejne kulki i już po chwili obok niego leżały skarpetki szare, czarne, brązowe, zielone, beżowe, granatowe, białe, bordowe… Ale żadna z nich nie miała pary.


W ciągu kolejnych godzin pan Ignacy przeprowadził skrupulatne śledztwo. Wszystkie tropy prowadziły do pralki, więc nasz bohater postanowił w końcu przeprowadzić doświadczenie. Wyszedł na zakupy w sandałach na bose nogi (na szczęście pogoda na to pozwalała), nabył kilka różnych par skarpetek i stopniowo wrzucał je do pralki. Tak, jak przypuszczał, po praniu skarpetki okazywały się nie do poznania, a już na pewno nie do pary. Szare ze szlaczkiem zmieniały się w grantowe z paskiem, a białe sportowe frotte – w czarne podkolanówki. To jeszcze nic: postanowił zakończyć serię eksperymentów i wrzucił do pralki trzy pary skarpetek naraz. Pralka zassała wodę, pokręciła, odwirowała i skończyła cykl, pan Lajkonik otworzył przeszklone drzwiczki… i okazało się, że w środku zostały cztery skarpetki z sześciu, w tym dwie nie tylko nie do pary, ale w ogóle nie pasujące do żadnej z tych, które zostały wrzucone do pralki na początku.


Tutaj pana Ignacego lekko przytkało, ponieważ pamiętał o zasadzie zachowania masy i jedyne, co mu przyszło do głowy, to to, że brakujące skarpetki się rozpuściły i spłynęły do kanalizacji. Ale skąd w takim razie wzięły się skarpety nadmiarowe? Tajemnica najwyraźniej kryła się we wnętrzu pralki, a to wymagało eksploracji. Nasz bohater najpierw odłączył pralkę od prądu, potem sprawdził, czy spłynęła z niej cała woda (spłynęła), a następnie, wyposażony w latarkę z diodami LED (prezent od Karola), wsunął ramię i głowę do wnętrza. No cóż, wnętrze jak wnętrze – nic specjalnego, ot, metalowy bęben z dziurkami i żebrowaniem. Pan Lajkonik doskonale o tym wiedział, ale wyniki doświadczeń mówiły same za siebie. Na samym końcu bębna, na tylnej ściance, tuż poniżej jego osi, znajdowało się jednak coś, czego z pewnością nie zamontowała tam fabryka.


Było to miejsce, w które nie docierało nawet silne, zimne światło latarki. Ciemny, nieregularny kształt wyglądał jak kłąb mgły, a kiedy pan Ignacy świecił na niego, wydawał się lekko pulsować. Nie reagował również na dmuchanie ani polewanie, ale kiedy pan Lajkonik wyciągnął palec i dotknął mgły jego końcem, poczuł nagły chłód. Zakręciło mu się w głowie, pociemniało przed oczami… i po chwili, całkiem zbaraniały, siedział już na zielonej trawie. Rosła ona na wzgórzach, ciągnących się po horyzont, krajobraz był więc niego monotonny. Nie to jednak było najdziwniejsze: naokoło pana Ignacego, jak okiem sięgnąć, pasły się na trawie stada skarpetek, najróżniejszych rozmiarów, kolorów i wzorów. „Teraz rozumiem!” pomyślał pan Lajkonik, widząc, jak za niebieską i czarną skarpetą truchta raźno sznurek skarpetek w czarno-niebieskie pasy, z tym, że ostatnia była w czarne i niebieskie romby. A zrozumiał mianowicie, skąd biorą się w pralce nowe skarpetki i dlaczego taka wśród nich mnogość odmian, niepasujących do niczego.


Wtem na przeciwległym zboczu, za wąskim, leniwie sączącym się strumyczkiem, coś się poruszyło. Coś znacznie większego niż skarpetka. Coś, co w pewnych warunkach przypominałoby nawet człowieka… Pan Lajkonik ostrożnie podszedł do tego czegoś, co okazało się być faktycznie człowiekiem, a nawet mężczyzną, nieco już posuniętym w latach i całkiem owiniętym długą, siwą brodą. Na nogach miał dwie różne skarpetki, ale poza tym okrywała go tylko jego własna broda, długa i owinięta kilka razy naokoło ciała. Mężczyzna spał, pochrapując z cicha, ale gdy pan Ignacy podszedł i delikatnie poklepał go po ramieniu, obudził się.


Mrugnął kilka razy oczyma, jakby nie dowierzając, po czym uśmiechnął się szeroko, z satysfakcją:
– A niech mnie! Nareszcie ktoś się pojawił, po tylu latach! – wstał i otrzepał brodę z trawy, z nikłym rezultatem. Skarpetki, które pasły się najbliżej, odskoczyły, spłoszone. Mężczyzna wyciągnął ku panu Lajkonikowi prawicę.
– Nazywam się Woyck, Aleksander Woyck. I to ja, proszę pana, odkryłem fałdę!
– Ignacy Lajkonik jestem – przedstawił się nasz bohater – Co pan odkrył?
– Otóż fałdę! – tryumfalnie powiedział pan Woyck – A jak pan myśli, jakim cudem pan się tutaj znalazł? Pan Ignacy podrapał się w głowę i nie znalazł tam dobrej odpowiedzi.
– No dobrze – rzekł pan Aleksander pobłażliwie. – Szanowny panie, fałda – tu dumnie wypiął pierś – Woycka powstaje, kiedy naelektryzowane skarpetki kręcą się szybko w bębnie pralki. Elektryczność statyczna zakłóca lokalnie pole elektromagnetyczne, a kiedy wirowanie trwa dostatecznie długo – powstaje anomalia, czyli fałda czasoprzestrzeni, przez którą można trafić w inne miejsce…
– A co to właściwie za miejsce? – wtrącił pan Lajkonik.
– Właściwie to wie pan, tak do końca nie wiem – rozejrzał się pan Woyck – ale przypomina mi to tapetę z Windows. Może jesteśmy na ekranie czyjegoś monitora? – tu sam roześmiał się z własnego dowcipu.



– Siłą rzeczy, szanowny panie, skarpetki, jako najmniejsze sztuki odzieży, najłatwiej przedostają się przez fałdę Woycka. A ponieważ przestrzeń po tej stronie ma nieco inne właściwości, to jak pan widzi, nabierają wigoru. Można je tu krzyżować, o na przykład za tym wzgórkiem powinien pan znaleźć całą rodzinę w żółte krążki ananasa. I to, proszę sobie wyobrazić, bez żadnej ingerencji; nic nie wyszywałem, nic nie malowałem, nie tkałem również. Wyłącznie naturalny dobór! A z kolei tam… – i pan Aleksander z dumą pokazywał kolejne krzyżówki, odmiany i dorodne okazy skarpetek.


Kiedy minęło już ładnych parę kwadransów, pan Ignacy ocknął się ze skarpetkowego transu. Przecież tam czekał na niego jego własny świat, a przede wszystkim pani Chandra! Zwrócił się więc do pana Woycka z uprzejmym pytaniem, którędy można wrócić do domu. Zapytany przerwał wpół słowa, po czym jakby z lekka oklapł, ale zaprowadził pana Lajkonika do jednej z dolin między wzgórzami, w której kłębiła się dziwna, ciemna mgła. Pielgrzymowały do niej tłumy skarpetek, które pojedynczo i trójkami wskakiwały następnie we mgłę. – To tutaj – powiedział dziwnie nagle powściągliwy Aleksander Woyck. Pan Ignacy zawahał się. – A pan? Zostaje pan tutaj? – Pan Aleksander przysunął się do niego i zaczął mu coś tłumaczyć, szeptem i na ucho, zupełnie jakby mógł ich podsłuchać ktoś poza skarpetkami. Na twarzy pana Lajkonika ciekawość ustąpiła miejsca dezaprobacie, a potem również i potępieniu. Kiedy jego rozmówca skończył, pan Ignacy już tylko energicznie kiwał głową. – Doskonale pana rozumiem. Też znam taką jedną… – tu machnął dłonią w geście „wszystko rozumiem i o nic więcej już nie pytam”.


Po czym wskoczył prosto we mgłę. Przejście z powrotem odbyło się podobnie jak tam, tyle że tym razem pan Lajkonik był przygotowany na zawrót głowy. Usiłował również zobaczyć, którędy właściwie leci, ale nie był to lot; wyglądało to bardziej jakby cała przestrzeń skręciła się wokół niego jak wyżymana skarpetka, a potem rozwinęła z powrotem. Pan Ignacy pospiesznie przecisnął się przez otwór pralki, wyskoczył na linoleum i dopiero wtedy dotarło do niego, że przecież nie ma w łazience linoleum, tylko glazurę. Rozejrzał się naokoło. To definitywnie nie była jego łazienka, ani w ogóle łazienka. To była kuchnia, z nieco przestarzałymi już meblami, a na jej środku siedział na krześle znieruchomiały i oniemiały pan Modest, trzymający w dłoniach wczorajszą gazetę, otwartą na stronach sportowych. – O, dzień dobry! – ucieszył się pan Lajkonik, bo właśnie zdał sobie sprawę z tego, że mógł trafić w drodze powrotnej do zupełnie obcej pralki. – To pan też ma fałdę? To znaczy fałdę Woycka?!?


Pan Modest odzyskał zdolność ruchu, ale jeszcze nie mowy. Podciągnął do góry koszulę, zerknął na swój całkiem pokaźny brzuch, po czym popatrzył na pana Ignacego z głębokim wyrzutem.
___________


Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu madagaskar08.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora. 


6
Twoja ocena: Brak Średnia ocena: 6 (2 głosy/głosów )
Zostaw link w miejscach, które odwiedzasz lub/i skorzystaj z gotowych odnośników!

Jest możliwe

portret użytkownika Lukrecja

Różnego koloru skarpetki lub sznurowadła
http://www.youtube.com/watch?v=bTEZ2Cf0ngQ 10:05


Oczywiście, że bywają różne,

portret użytkownika quackie

ale zawsze są jakoś-tam dopasowane, a nie tak, że "Szare ze szlaczkiem zmieniały się w grantowe z paskiem, a białe sportowe frotte – w czarne podkolanówki".


_________
Zarzucił staruszek sieć w morze. Odczekał, próbuje wyciągnąć.
Ciągnie ją i ciągnie i wyciągnąć nie może.
Aż w końcu odezwał się głos z nieba.
Powiedział "SIEĆ JEST OBECNIE NIEDOSTĘPNA".


Dlatego

portret użytkownika Lukrecja

sandały zawsze na bose stopy. Tylko trzeba uważać, aby sandały były do pary.


Kupujemy 20 par identycznych skarpetek

portret użytkownika cmss

a pierzemy je w pralce godnej zaufania.


Platonicznie...


Hmmm

portret użytkownika quackie

Jaka pralka jest godna zaufania? Przede wszystkim powinna być dobrze uziemiona. I może skarpetki przed praniem też odelektryzować. O kaloryfer, na ten przykład.


_________
Zarzucił staruszek sieć w morze. Odczekał, próbuje wyciągnąć.
Ciągnie ją i ciągnie i wyciągnąć nie może.
Aż w końcu odezwał się głos z nieba.
Powiedział "SIEĆ JEST OBECNIE NIEDOSTĘPNA".


Pralka godna zaufania to taka bez fałd/portali wewnątrz

portret użytkownika cmss

Uziemienie przydatne gdyby kopała, to zwykle uspokaja.


PS Jest jeszcze niebo długopisów gdzie uciekają przed pracą, Ford Perfekt potwierdzi.


Platonicznie...


No proszę

portret użytkownika quackie

Z długopisami nie pamiętałem. Ale chyba nie przez fałdę uciekały.


_________
Zarzucił staruszek sieć w morze. Odczekał, próbuje wyciągnąć.
Ciągnie ją i ciągnie i wyciągnąć nie może.
Aż w końcu odezwał się głos z nieba.
Powiedział "SIEĆ JEST OBECNIE NIEDOSTĘPNA".


Inaczej, czy masz zaufanie do rządu?

portret użytkownika cmss

Jeżeli stracić zaufanie do pralki także, to nic tylko się pochlastać.


Edit: chociaż, gdyby rząd odczepił się od forsy a zainteresował się skarpetkami to byłoby fajnie, chyba? Brudnymi skarpetkami :)


Platonicznie...


Ostatnio w ogóle

portret użytkownika quackie

mam dość ograniczone zaufanie. Do rządu, pralki, zmywarki, (innych) kierowców na drodze...


_________
Zarzucił staruszek sieć w morze. Odczekał, próbuje wyciągnąć.
Ciągnie ją i ciągnie i wyciągnąć nie może.
Aż w końcu odezwał się głos z nieba.
Powiedział "SIEĆ JEST OBECNIE NIEDOSTĘPNA".


To

portret użytkownika Lukrecja

reklama jakieś konkretnej?
Inna rada: kupić 20 par i po użyciu wyrzucać.
Jak Melvin Udall mył ręce.
(Lepiej być nie może)


same czarne np?

To nic nie daje. Sparowanie samych czarnych jest bardzo trudne, bo pary rożnią między sobą stopniem czerni, mechatością, wyrobieniem, i innymi subtelnymi elementami.
Różnice narastają w miarę zużywania, ale nie aż tak.


Chlor


Dlatego

portret użytkownika Lukrecja

doradzam wyrzucać po użyciu


Kupujesz 20 par identycznych, pierzesz w porcjach po 18 par

portret użytkownika cmss

:)


Platonicznie...


żelazna rezerwa

No tak, czyli zostają aż dwa tygodnie na wyschnięcie prania.
Wystarczy czasu.


Chlor


Opcje wyświetlania odpowiedzi

Wybierz preferowany sposób wyświetlania odpowiedzi i kliknij "Zapisz ustawienia" by wprowadzić zmiany.