warning: date() [function.date]: It is not safe to rely on the system's timezone settings. You are *required* to use the date.timezone setting or the date_default_timezone_set() function. In case you used any of those methods and you are still getting this warning, you most likely misspelled the timezone identifier. We selected 'Europe/Berlin' for 'CET/1.0/no DST' instead in /home/admin/domains/kontrowersje.net/public_html/archiwum/themes/kontrowersje/node.tpl.php on line 86.


Polityczna debata w politechnice.

 Na "Kontrowersjach" i nie tylko tutaj, rozgorzała kolejna debata. Tym razem debata dotyczy... debaty, co tylko pokazuje do jakiego absurdu została sprowadzona debata w Polsce. O co chodzi? Oczywiście o wczorajsze spotkanie Tuska ze związkowcami. Spotkanie, o którym powiedziano i napisano już wszystko. Jedni zarzucają Tuskowi, że spotkał się tylko z "grzecznymi", przestraszonymi i przychylnymi sobie związkowcami, inni z kolei twierdzą, że ci z Solidarności i OPZZ są sami sobie winni, bo mogli przecież przyjść, ale widocznie się przestraszyli. Jedni mówią, że rozmowa w Politechnice nic nie przyniosła i porównują ją do debat z udziałem Babiucha, inni są za to zachwyceni spotkaniem, które przybliżyło im problemy polskich stoczni i wiele wyjaśniło. A co ja o tym sądzę? Ja nic nie sądzę, nie mam pojęcia po co było zorganizowane to spotkanie i uważam, że jego cel byłby równie nieodgadniony, gdyby brały w nim udział wszystkie związki. No bo co takiego się stało? Przyszedł Tusk i zapewnił, że nie chce upadku stoczni, więc zrobi wszystko, by nie musiała zwracać pomocy, związkowcy zaś mówili o tym jak ważna jest dla nich stocznia. Potem stwierdzili, że demonstrantów potraktowano brutalnie, z czym Tusk się nie zgodził, a na końcu wszyscy zgodzili się z tym, że no ciężko jest, wiem. Faktycznie, bardzo potrzebna i wiele wnosząca debata.


Problem Stoczni Gdańskiej nie jest problemem nadzwyczajnym. Jest po prostu problemem, który był przez lata upolityczniany. Za komuny stocznia była państwowa, jak wszystko zresztą, a potem tak zostało, bo nikt nie chciał sprzedawać narodowego symbolu. Symbol niestety miał kłopoty finansowe i trzeba było go wspomóc kwotą 600-700 milionów złotych, które symbol, teraz już sprywatyzowany, musi zwrócić, z czym miałby duży problem i co mogłoby doprowadzić go do upadku. O czym to świadczy? O tym, że źle się dzieje, gdy kwestie czysto ekonomiczne miesza się z kwestiami politycznymi i symbolicznymi, a także o tym, że centralne planowanie i "społeczna własność środków produkcji", czyli mówiąc krótko socjalizm, muszą w końcu zbankrutować. Zbankrutowały już zresztą niejeden raz, ale wciąż są wskrzeszane i reanimowane przez rządy, które najwyraźniej nie rozumieją, że ich natrętne wtrącanie się w gospodarkę tylko tej gospodarce szkodzi, nie rozumieją, albo nie chcą zrozumieć. Gdyby Stocznia Gdańska została sprywatyzowana zaraz po upadku komunizmu, nie byłoby dziś całego tego problemu ze zwrotem pomocy. Stało się jednak inaczej i stocznię sprzedano dopiero dwa lata temu i to w warunkach, które sprawiły, że dziś pan Guzikiewicz domaga się komisji śledczej, a pan Chlebowski komisji lekarskiej. To kolejny news dnia, zaraz po niepotrzebnej debacie i o ile debacie nie warto poświęcać nawet słowa, to przy tej wymianie zdań, by to tak ładnie nazwać, warto zatrzymać się dłużej. Dlaczego? Dlatego, że Guzikiewicz swoimi słowami nawiązał do popularnego kiedyś sloganu "złodziejskiej prywatyzacji". Wprawdzie on sam sloganu nie użył, ale skoro domaga się komisji śledczej, to widocznie uważa, że z procedurą było coś nie tak.


Można oczywiście powiedzieć, że to jakiś odrealniony pomysł, szukanie dziury w całym, albo rozgłosu i w ogóle idź człowieku z tą komisją śledczą na komisję lekarską. Można, ale można też przy tej okazji zastanowić się nad procesem prywatyzacji w Polsce. A prywatyzacja w ciągu ostatnich dwudziestu lat wyglądała tak, że albo przeprowadzano ją w karykaturalny sposób ( Program Powszechnej Prywatyzacji, NFI ), albo poprzez skomplikowane procedury przetargowe, albo wcale. Ta ostatnia "metoda" była zresztą jedną z najczęściej stosowanych, wskutek czego mamy dziś około tysiąca spółek z udziałem skarbu państwa, bądź będących jego własnością, a jeśli doliczymy do tego wszystkie przedsiębiorstwa komunalne i inne "przedsiębiorstwa użytku publicznego", to zyskamy obraz całkiem pokaźnego państwowego imperium w gospodarce, które powinno być już dawno w rękach prywatnych. Powinno, ale nie jest, właśnie ze względu na długie, skomplikowane i często mętne procedury, a także ze względu na traktowanie prywatyzacji jako problemu politycznego, a nie ekonomicznego. W rezultacie powstał mit "złodziejstwa", mit, którego można było uniknąć, gdyby prywatyzacja była przeprowadzana w jedyny rozsądny sposób, czyli poprzez jawne licytacje. Taka licytacja jest najszybszą, najprostszą i najbardziej zyskowną metodą przekształceń własnościowych, a przy tym najbardziej uczciwą, bo nie da jej się w żaden sposób ustawić. Zawsze wygrywa ten kto da najwięcej i nie da się przewidzieć kto to taki. Nie można opchnąć firmy "swoim" po "promocyjnej" cenie, nie można źle oszacować możliwych zysków i w rezultacie stracić, bo o tym ile zyska państwo i ile warta jest dana firma, decydują osoby biorące udział w aukcji. W ten sposób można szybko sprzedać wszystkie spółki skarbu państwa, a pieniądze przeznaczyć na fundusz emerytalny dla obecnych i przyszłych ( w niedalekiej przyszłości ) emerytów, a dla emerytów przyszlejszych ( w przyszłości dalszej ) przygotować reformę emerytalną, która zastąpi obecny, bankrutujący system.


Wiem już jakie za moment usłyszę zarzuty, że to zbyt proste i że tak się nie da. Właśnie, że się da, rząd przygotował zresztą projekt sprzedaży w ten sposób kilkudziesięciu małych i średnich firm i jest to jeden z najlepszych pomysłów rządu Tuska. Najlepszy, choć oczywiście i tak połowiczny, bo należy w ten sposób prywatyzować nie tylko drobnicę, ale także molochy w stylu Orlenu, czy KGHM. I zapewniam, że się da, będzie to szybszy i skuteczniejszy sposób niż "prywatyzacja kapitałowa" kolejny nietrafiony, choć dość częsty pomysł na przekształcenia własnościowe w Polsce. Sposób ten może natrafić jednak na jedną przeszkodę - na politykę. Tam gdzie polityka miesza się z gospodarką, tam możemy być pewni, że długo się od niej nie odessie, a jeśli już to zrobi, to dopiero w ostateczności, gdy nie da się dłużej utrzymywać dotychczasowego układu. A gdy do polityki dodamy nie tyle polityczny, co histeryczny argument "wyprzedaży majątku narodowego", to możemy być pewni, że czeka nas kolejna niekończąca się debata o tym ile tego majątku powinniśmy wyprzedać i czy tak można. Na wszelki wypadek podam odpowiedź już teraz: oczywiście, że można, zwłaszcza, że nie istnieje coś takiego jak "majątek narodowy". Majątek byłby narodowy wtedy, gdyby naród miał jakiś wpływ na zarządzanie nim i czerpał z niego jakieś zyski. Naród, czyli wszyscy obywatele, bez wyjątku. A czy przeciętny obywatel ma jakiś wpływ na decyzje podejmowane przez zarządy spółek skarbu państwa ( o udział w zyskach nawet nie będę pytał )? Nie, nie ma wpływu i to żadnego, nawet najmniejszego. Co proszę, wybieramy polityków, którzy "majątkiem narodowym" kierują? Fakt, wybieramy, ale wyborcy nie oceniają działań rządu na podstawie wyników PKP, PKS, KGHM, Orlenu, czy Lotosu, tak samo jak wcześniej nie oceniali ich na podstawie kondycji polskich stoczni. Wyborcy oceniają różne inne rzeczy, ci bardziej wymagający politykę zagraniczną, stan dróg, pracę policji, czy służby zdrowia, a ci mniej wymagający PR i propagandę. Kondycji spółek jednak nie oceniają i dobrze, bo politycy nie zarządzają spółkami bezpośrednio.


Czy ktoś sobie wyobraża, by wybierani przez nas ( choć pośrednio ) premier i minister skarbu mieli kontrolować tysiąc firm? Nie i oni większości z nich nie kontrolują, zostawiają ich prowadzenie zarządom, które wymieniają się równie często, jak kolejne rządy. W rezultacie majątek nie jest ani narodowy, ani prywatny, jest niczyj. Niczyj, bo nawet najlepszy zarząd to nie to samo co właściciel i zarząd myśli o sprawach bieżących, o swojej kadencji, a nie o tym co będzie się działo z firmą w dalekiej przyszłości. Właściciel myśli inaczej, bo właściciel chce utrzymywać się ze swojej firmy przez długie lata, a czasem przekazać ją dzieciom. Zarządy tego problemu nie mają i nie mają tego problemu politycy, ich ogranicza kadencja, nas ogranicza brak jakiegokolwiek wpływu i w rezultacie państwowe przedsiębiorstwa są wspólną własnością niczyją. I to jest jeden z głównych argumentów za tym, by te przedsiębiorstwa, traktowane jak kolejne urzędy, a nie jak normalne firmy, sprywatyzować. Wszystkie, łącznie z tymi "strategicznymi", o których Mart Laar ( taki estoński pan Thatcher ), powiedział, że wszystkie firmy "strategiczne" z jakimi się w życiu spotkał, były firmami proszącymi o jakieś dotacje. I tak firma, która miała długi na koncie ogłaszała się "strategiczną" i szła do rządu po pomoc. U nas sprawa wygląda nieco inaczej, firmami strategicznymi są mianowicie firmy z branży energetycznej, które wprawdzie nie notują strat, ale zostały "strategicznymi" w imię bezpieczeństwa energetycznego. Bezpieczeństwa i niezależności, która byłaby podobno zagrożona, gdyby taka firma dostała się w "niepowołane" ręce. Całe szczęście, że póki co energetyka jest państwowa i jesteśmy niezależni. Zwłaszcza od Rosji.


Przedsiębiorstem "strategicznym" może być Orlen, przedsiębiorstwem "strategicznym" może być też PKP i nikomu nie przychodzi do głowy, że choć infrastruktura ( rurociągi, tory kolejowe ) jest faktycznie ważna dla bezpieczeństwa kraju, to już cepeeny, pociągi, czy dworce i wreszcie same spółki zarządzające tym majątkiem, nie. Nie przychodzi być może dlatego, że dla utrzymywania samych torów, czy rurociągów nie trzeba będzie powoływać specjalnych zarządów, urzędów, itd., więc będzie mniej miejsc do obsadzenia zaufanymi ludźmi. Kolejne rządy będą więc utrzymywać takie koleje państwowe i nie sprzedadzą ich, choć jest to najrozsądniejsze wyjście i jedyna metoda pozwalająca osiągnąć zyski ze sprzedaży zamiast strat z dopłacania. A dopłaty zapewne będą, bo posłowie już w marcu wyrazili "zaniepokojenie" sytuacją w PKP, więc żeby się uspokoić chcą wpompować w kolej pieniądze podatników, zamiast kolej sprzedać i podatnikom ulżyć. Choćby poprzez fundusz emerytalny zasilany pieniędzmi z prywatyzacji, który pomógłby zreformować cały system i zlikwidować w przyszłości ZUS. A reforma będzie konieczna, bo w ciągu najbliższych trzech lat trzeba będzie wpompować w ZUS od 157 do 265 miliardów złotych. To zresztą i tak "małe piwo", bo jeśli będziemy chcieli zachować obecny system emerytalny, to składka za jedenaście lat będzie musiała wynosić 70%. Chyba, że znów powiększymy deficyt, ale za to będą musieli zapłacić podatnicy, więc na jedno wyjdzie. Szybka i skuteczna prywatyzacja jest więc koniecznością i jeśli obecnemu rządowi uda się ją przeprowadzić, to będzie to jego największą zasługą. Na razie zasług nie widzę, widzę za to kolejną polityczną debatę na czysto gospodarcze tematy. Ile można?


4.448574
Twoja ocena: Brak Średnia ocena: 4.4 (7 głosy/głosów)
Zostaw link w miejscach, które odwiedzasz lub/i skorzystaj z gotowych odnośników!

oddawać wtopiony szmal!

Trzeba zwrócić polskim podatnikom te miliony utopione w stoczniach. Najprościej przez obniżkę podatków o tą sumę, albo w gotówce, do obioru w kasach urzędów skarbowych. Ciekawe jaki sposób wybierze rząd.


Chlor


Tego szmalu nie wtopiono

Tego szmalu nie wtopiono bardzo dużo, choć też niezbyt mało. Znacznie więcej wyrzuca się jednak na inne bzdurne projekty, w marcu np. chciano wspomóc ( nie wiem czy w końcu do tego doszło, czy nie ) kolej kwotą 3,5 mld. złotych. Lepiej byłoby sprywatyzować, ale na to nikt nie wpadł. O, przepraszam, Palikot napisał coś na swoim blogu na ten temat i to chyba wszystko. Co do zwrotu, to rząd nie może nam oddać żadnych pieniędzy, bo rząd pieniędzy nie ma, może nam ( i powinien ) najwyżej mniej zabierać, obniżając podatki, ale na to się niestety nie zanosi, bo właśnie przyjęto decyzję o dopłatach do kredytów, a i dziurę w budżecie trzeba będzie czymś zatkać. Oby zatkali ją cięciem wydatków, a nie podwyżką podatków.
Pozdrawiam.


Jakość i wielkość mojej

1.02

Jakość i wielkość mojej faktury za energię elektryczną wskazują, że stwierdzenie "Całe szczęście, że póki co energetyka jest państwowa i jesteśmy niezależni. Zwłaszcza od Rosji." jest z gruntu fałszywe. Ekonomiczni zabójcy doskonale sobie w Polsce radzą - a my, Polacy nie płacimy już zwyczajnych rachunków, tylko kontrybucje wojenne na skutek przegranych ekonomicznych wojen, zarządzani przez zdrajców ojczyzny.


Warto przeczytać artykuł o sprzedaży stoczni w Szczecinie.


Źródło: http://tinyurl.com/o72uct


"Gazeta Wyborcza sugeruje, że za tą spółką kryją się arabowie z Kuwejtu lub Kataru" Swojaków kryją? Chyba tak...


"Otóż spółka United International Trust została założona przez Sapiens International Corporation NV której właścicielem jest Emblaze Ltd. A jednym z członków zarządu tej spółki jest Nahum Admoni – były szef Mossadu... ...Władze Sapiens International Corporation NV: Roni Al-Dor - prezes zarządu – służył w izraelskich siłach powietrznych, ukończył też prestiżową uczelnię informatyczną podlegającą sztabowi sił powietrznych Izraela, aktualnie także prezes TTI Telecom Martin Greenberg – wiceprezes zarządu – pracował w wojskowym centrum komputerowym „Mamram”, firmie o kluczowym znaczeniu dla informatycznych jednostek wojskowych i służb specjalnych Izraela. Rami Doron – był ekspertem od spraw elektroniki w armii Izraela, służył w izraelskich siłach powietrznych gdzie odpowiedzialny był za sprawy informatyczne, jest także absolwentem Wyższej Hadassah, studiował również zarządzanie na Uniwersytecie Bar-Ilan. Sagi Schliesser – osoba na kierowniczym stanowisku w Computer Training School w izraelskich siłach zbrojnych. Z kolei w firmie Emblaze Group najwyższe funkcje pełnią osoby które mają aktualnie powiązania z administracją i służbami wojskowymi Izraela. Naftali Shani - aktualnie prezes firmy wcześniej pracował w kancelarii premiera Izraela. Zvi Shur – generał brygady, szef departamentu finansowego w Ministerstwie Obrony Izraela, jest aktywnym członkiem kierownictwa Unii Światowej Maccabi Ilan Flato – w latach dziewięćdziesiątych pełnił funkcję doradcy ekonomicznego premiera Izraela. United International Trust zarejestrowana jest w raju podatkowym, Antylach Holenderskich... ...


... Majątek Stoczni Gdynia sprzedano za 288 mln zł. a Stocznia Szczecińska Nowa poszła za 162 mln zł. Razem Skarb Państwa dostał łącznie 449 mln zł. O tym jak wspaniały zrobiono biznes możemy wydedukować sami. Powierzchnia podstawowego terenu produkcyjnego Stoczni Szczecińskiej wynosi ok. 700.000 m2. Łączna powierzchnia użytkowa w budynkach wynosi ok. 278.000 m2. Do tego dochodzi infrastruktura, park maszynowy, tradycja, ludzie, marka itp. Wygląda więc na to, że za 1 m2 wraz zabudowaniami (nie licząc reszty infrastruktury) zapłacono 230 zł.


Goła działka budowlana w Szczecinie Gumieńcach, to przeciętnie od 400 zł do 500 zł za 1 m2. Można by uznać, że sprzedający stocznie uzyskałby za nie dużo więcej gdyby wystawił je do sprzedaży na Allegro..."


Tak się to robi interesy na Polsce i Polakach. Pod stołem, w niejasnych okolicznościach, za pół darmo - może w ramach tajnego "odszkodawania" dla Żydów za mienie przedwojenne. A wy, durne Polaczki - cieszcie się z tego, że ktoś chciał od was wasz majątek i to nie tak zupełnie za darmo. Będziecie tylko naszą tanią siłą roboczą - bo zadbają o to nasi słudzy w "waszym" rządzie, których sowicie za rozp*** przemysłu i zakładów pracy w Polsce wynagradzamy.


 


Piszesz o gruntach, które można by sprzedać...

portret użytkownika Soosell

A wiesz ile kosztuje rekultywacja gruntów poprzemysłowych i co jest do zrobienia, żeby nadawały sie do innego użycia niż pod przemysł?
Jak sie dowiesz, to pisz dalej te bzdury...
Park maszynowy nadaje się w 95% do huty, po zainwestowaniu pieniędzy w jego uzdatnienie do złomowania - może wyjdzie na zero...
Budynki, pożal się Panie...
Widziałes kiedyś co musi zrobić PRAWDZIWY inwestor po kupieniu takego czebola?
Musi go zlikwidować, zrekultywować i od nowa urządzić. Inaczej wtopi forsę i zbankrutuje.


Soosell KO02LG


A co tam chciałbyś rekultywować?

Przecież to nie była fabryka broni chemicznej! Nagle okazuje się, że park maszynowy, który pozwolił jeszcze zwodować statek (ostatni) w 95% nadaje się do huty. Hmm... może faktycznie ci co kupili stocznię, to jacyś ciemni frajerzy z Izraela. Ale udało się ich naciągnąć na kasę...


Obawiam się, Aleksieju, że

Obawiam się, Aleksieju, że albo ja mam problemy z przekazaniem swoich myśli, albo ty nie znasz znaczenia takich słów, jak "ironia", czy "sarkazm". W każdym razie spieszę ci wyjaśnić, że zacytowany przez ciebie fragment mojego tekstu nie był "stwierdzeniem z gruntu fałszywym", był stwierdzeniem ironicznym. Oburzasz się więc całkowicie niepotrzebnie. Co do przytoczonego przez ciebie tekstu, mówiącego o tym, że stocznia została sprzedana znacznie poniżej swojej wartości, to nie mam pojęcia, czy faktycznie tak się stało, czy nie, bo nie wiem ile warta jest stocznia. Jeśli autor tego tekstu miałby rację, to byłby tylko kolejny argument za prywatyzacją przedsiębiorstw na otwartych, jawnych i transmitowanych ( przez media, internet, itp. ) aukcjach, podczas których nie dałoby się zaniżyć wartości firm.
Pozdrawiam.


I wreszcie ktoś powiedział coś sensownego

5.04

To znaczy szanowny Ty, choć nie ze wszystkim się z Tobą zgadzam (moja niewiara w możliwości małych firm w polskim wydaniu nadal jest niepodważona). Państwowe znaczy niczyje, 50 lat się tego Polacy uczyli.
Zamiast państwowego, prywatne. Owszem, może nie wszystko. Ze szkolnictwem i usługami medycznymi (wkurza mnie termin "służba zdrowia" bo raz ani to służba, ani zdrowia) bym się zastanowiło - na pewno nie powinno to pójść na żywioł, typu sprzedajmy wszystko a potem Polaku martw się sam skąd wziąć na szkołę i lekarza.
Za to po co nam państwoiwe stacje benzynowe, z resztą droższe od prywatnych, do dziś nie rozumiem. Po co nam firma, która ponosi straty gdy dostaje więcej zleceń (Poczta Polska)? Po co nam firma która puszcza "krótki" pociąg w godzinach szczytu, gdzie jedzie się na jednej nodze i to nie swojej, a o 23.30 puszcza długaśny skład kórym jedzie 5 osób na wagon (Koleje Regionalne)?
I wreszcie co z tego, że Mossad (w co szczerze wątpię) będzie w Polsce produkować statki?


Niestety, z tym sprzedaniem nie jest tak różowo jak mówisz, zwłaszcza w prostej licytacji. Taką licytację niemal na 100% wygra jakiś fundusz inwestycyjny, gdyż pomimo kryzysu te ekonomiczne potworki nadal mają najwięcej kasy. Tymczasem taki fundusz działa dokładnie tak samo jak "menedżer" z państwowego nadania - maksymalizacja "zysków" w krótkim terminie, przy czym "zyskiem" nie jest autentyczna funkcjonalność firmy, tylko jak jest postrzegana na giełdzie. Czyli niezbyt różowo. Niby państwo powinno się na to wypiąć, w myśl zasady "nie moje małpy nie mój cyrk", ale tak łatwo nie będzie...


No cóż, można więc wprowadzić

No cóż, można więc wprowadzić zasadę, że do licytacji dopuszczamy wszystkich, oprócz funduszy inwestycyjnych. Nie będzie wtedy nikogo innego, kogo byłoby stać na kupno państwowego molocha? Można więc molochy rozparcelować i sprzedać je większej liczbie chętnych, co wpłynęłoby zresztą bardzo korzystnie na rozwój konkurencji. A zresztą nawet gdybyśmy sprzedali te wszystkie firmy funduszom spekulacyjnym, które potem źle zarządzałyby nabytym majątkiem, to byłoby to i tak mniejsze zło od złego zarządzania państwowego. Za błędy funduszy nie musieliby bowiem płacić podatnicy.
Pozdrawiam.


Opcje wyświetlania odpowiedzi

Wybierz preferowany sposób wyświetlania odpowiedzi i kliknij "Zapisz ustawienia" by wprowadzić zmiany.