warning: date() [function.date]: It is not safe to rely on the system's timezone settings. You are *required* to use the date.timezone setting or the date_default_timezone_set() function. In case you used any of those methods and you are still getting this warning, you most likely misspelled the timezone identifier. We selected 'Europe/Berlin' for 'CET/1.0/no DST' instead in /home/admin/domains/kontrowersje.net/public_html/archiwum/themes/kontrowersje/node.tpl.php on line 86.


Premier ureguluje ceny jabłek.

 Ostatnio wiele mówi się o konieczności zwiększenia nadzoru nad rynkami. Niektórzy keynesiści mówią, że rynek, jak zegarek, nie wyreguluje się sam, więc musi regulować go państwo. Eksperci w telewizji zastanawiają się jak rynki zareagują na to, czy na tamto, a dziennikarze informują nas, że po tym jak grupa polityków wyjęła z kapelusza bilion dolarów, rynki odżyły i zanotowały wzrosty. Mówi się, że rynek może być wolny, albo nie i w ogóle o rynku dużo się mówi. "Rynek" odmieniany jest przez wszystkie przypadki, ale nie wiadomo, czy ci, którzy odmieniają, wiedzą chociaż o czym w ogóle mówią. Rynek nie jest bowiem zegarkiem. Nie jest to osoba, ani grupa osób, które podejmują jakieś decyzje o wzrostach i spadkach na podstawie tego, co powiedzą politycy. Nie jest to także giełda, bank, ani żadna inna instytucja. Czym jest więc rynek?


Rynek to proste prawo, mówiące o tym, że cena nigdy nie jest skutkiem decyzji jednego człowieka, lecz jest ustalana przez siły podaży i popytu. Jeśli podaż jakiegoś produktu rośnie, a popyt na ten produkt maleje, to cena produktu spada. Jeśli jest odwrotnie, czyli jeśli podaż spada, a popyt rośnie, to wtedy rośnie i cena. Zauważyli to ekonomiści klasyczni, tacy jak Adam Smith i potwierdza to codziennie życie. Chleb jest tani, a kawior drogi nie dlatego, że ich sprzedawcy tak chcą, ale dlatego, że ich ceny reguluje mechanizm rynkowy. W przypadku chleba cena jest niska, bo jego podaż jest wysoka i w pełni zaspokaja popyt. Jeśli więc jakiś piekarz podniesie za bardzo ceny, to straci szybko klientów i będzie musiał znów je obniżyć, albo zbankrutuje. Z kawiorem jest na odwrót. Tutaj cena jest wysoka, bo podaż jest niska, za to popyt wysoki ( w końcu każdy chciałby choć raz spróbować ). Chleb jest więc dobrem powszechnym i tanim, a kawior "luksusowym" i przez to drogim. Na tym właśnie polega rynek, na tym i na niczym innym. Powstaje więc pytanie co tu w ogóle regulować? Popyt, podaż, czy cenę? I kto ma tu coś regulować? Państwo? Czy rynek w ogóle potrzebuje państwa? Tak. Potrzebuje choćby po to, by móc normalnie się rozwijać. Bez sądów, czy policji będzie można bardzo łatwo zaspokoić swój popyt, tak łatwo, że jakakolwiek podaż przestanie się opłacać. Poza sądami i policją jest jeszcze parę innych przydatnych państwowych instytucji, których istnienie pomaga rynkowi stabilnie funkcjonować, problem zaczyna się jednak wtedy, gdy tych instytucji jest zbyt wiele, gdy zaczynają być zbyt drogie w utrzymaniu i gdy zaczynają rynek "regulować". W rzeczywistości rynku regulować się nie da, bo podaż i popyt zależą od producentów i konsumentów, a nie od regulacji, natomiast cena zależy od popytu i podaży. Jeśli państwo zaczyna w ten mechanizm ingerować, to go po prostu psuje.


W jaki sposób państwo może szkodzić rynkowi? Na wiele sposobów. Po pierwsze podatkami. Bez podatków nie utrzymamy żadnej z instytucji państwa, dlatego nie da się ich zlikwidować. Jeśli jednak podatki są zbyt wielkie, to mechanizm rynkowy przestaje sprawnie funkcjonować i któraś z jego stron kuleje - jeśli za duże są podatki konsumpcyjne, to rosną ceny produktów, jeśli za mocno rozrośnie się opodatkowanie pracy, to maleje podaż i wtedy ceny też rosną. Drugim sposobem na wykończenie rynku jest ulubiona metoda keynesistów, czyli pompowanie w gospodarkę pieniędzy z deficytu, czy nawet prosto z mennicy państwowej, by "pobudzić popyt". Keynes zakładał, że jeśli popyt wzrośnie, to wtedy wzrośnie też podaż, ale to zwyczajna bzdura. Jak bowiem mówi "prawo Saya", wartość czyjegoś popytu zależy od wielkości jego podaży, czyli, mówiąc ludowym przysłowiem "bez pracy nie ma kołaczy". Niektórzy wprawdzie nie pracują, a na kołacze mają, ale oni też mają je z pracy, tyle, że z pracy innych ludzi. Tak więc praca musi być i najpierw musi być podaż, by popyt był coś wart. Co się stanie, jeśli ten proces zostanie odwrócony i jeśli rząd pieniądze jednak wpompuje? No cóż, pieniądz to taki sam towar jak chleb, a skoro cena chleba maleje wraz ze wzrostem podaży, to cena pieniądza tak samo. Pieniądz będzie mniej wart, będziemy mogli mniej za niego kupić i ceny wzrosną. To cały skutek państwowej interwencji. Trzecią metodą, bardzo podobną do drugiej, jest obniżanie stóp procentowych tylko po to, by zrobić "boom" gospodarczy. Metodę stosowało już wielu, m. in. amerykański Fed i faktycznie, "boom" mieliśmy jak cholera. Do dziś słychać huk na całym świecie.


To były metody bezpośrednio wpływające na wielkość cen. Są jeszcze takie, które wpływają na tę wielkość pośrednio, jak np. wspomniane opodatkowanie pracy. Do takich metod zaliczają się różne regulacje działalności gospodarczej, wszystkie możliwe koncesje, zezwolenia, nakazy, zakazy i cała reszta tego, co zniechęca ludzi do przedsiębiorczości. Przy tego typu regulacjach liczba przedsiębiorców jest mniejsza, niż byłaby bez nich, a jak wiadomo im mniej przedsiębiorców i przedsiębiorstw, tym mniej podaży. Im mniejsza jest podaż, tym większe są ceny. Tak więc wszelkie państwowe "regulacje" prowadzą w gruncie rzeczy do tego, że normalne mechanizmy rynkowe przestają sprawnie funkcjonować. Tak było właśnie w przypadku bańki nieruchomościowej w USA, która została napompowana przez Fed, napełniający gospodarkę tanim pieniądzem. Taki pieniądz zawsze powoduje albo ogólny wzrost cen, czyli inflację cenową, albo powstanie jakiejś "bańki". W tym wypadku mieliśmy "bańkę" i masę ludzi podejmujących błędne decyzje na podstawie zniekształconych przez państwową interwencję cen. Oczywiście nie znaczy to, że kryzysy zdarzają się tylko wtedy, gdy państwo przeszkadza rynkowi. Zdarza się, że ludzie nawet w warunkach rynkowych podejmują błędne decyzje, a gdy te decyzje się nagromadzą w jednym punkcie czasu, to dochodzi do załamania. Problem polega na tym, że jeśli działanie rynku jest zakłócane przez państwo, to kalkulacja ekonomiczna jest utrudniona i takich błędnych decyzji jest więcej, przez co kryzysy są silniejsze i bardziej bolą. A czy państwo może zrobić coś w przeciwnym kierunku, by "usprawnić" rynek i by łagodzić skutki kryzysów? Tak - może się w działanie rynku nie wtrącać. Ale czy może wtrącić się tak, by pomóc? Nie.


Wiele razy słyszymy o tym, że państwo powinno chronić "rynek wewnętrzny". Chronić przed czym? Przed konkurencją ze strony "rynku zewnętrznego"? Przecież konkurencja to naturalny element mechanizmu rynkowego, bez konkurencji rynek by nie istniał. Jeśli ograniczymy tę konkurencję i wprowadzimy wysokie cła i/lub dopłaty, by "chronić rodzimą produkcję", to ucierpią na tym rodzimi konsumenci, którzy będą musieli płacić za wiele towarów więcej, będą też mieli mniejszy wybór. Często argumentem za stosowaniem protekcjonizmu jest fakt, że zagraniczne towary są tańsze, co stwarza "szkodliwą konkurencję", na której tracą "rodzime firmy". Argument ten wyśmiał Bastiat, pisząc "Petycję producentów świec", w której domagał się od parlamentu Francji zakazu importu światła słonecznego. Dlaczego? Bo Słońce jest darmowe, więc szkodzi francuskiemu przemysłowi oświetleniowemu. Absurdalne? Jak cały protekcjonizm. "Regulacja" rynku przez państwo też jest absurdem, co najlepiej zobaczymy, gdy w miejsce słów "państwo" i "rynek" wstawimy właściwe znaczenie tych słów. Co znaczy "rynek", wiemy. A co znaczy "państwo"? Słowo "państwo" ma dwa znaczenia. Gdy słyszymy, że państwo coś dotuje, wspiera, subsydiuje, czy płaci, to znaczy, że dotują, wspierają, subsydiują i płacą podatnicy. Jeśli natomiast słyszymy, że państwo decyduje, czy reguluje, to znaczy, że regulują politycy i urzędnicy. Zdanie "państwo powinno regulować rynek" oznacza więc dokładnie tyle, co "politycy i urzędnicy powinni regulować popyt, podaż i ceny".


Teraz proszę sobie wyobrazić jak premier Tusk, a więc polityk i urzędnik w jednym, wchodzi rano do swojego gabinetu, pije kawę i w porannej gazecie czyta, że ceny jabłek wzrosły, po czym nakazuje zwiększyć podaż jabłek i zmniejszyć na nie popyt, by cena spadła. Czy to nie byłoby wspaniałe? Byłoby. Jeszcze wspanialej byłoby wtedy, gdyby państwo mogło rozmnażać dobrobyt, jak proponował Lord Keynes. Ale państwo nie może, bo każda złotówka wydana przez państwo to złotówka odebrana podatnikom. W związku z tym każda państwowa inwestycja to brak jakiejś inwestycji prywatnej. Państwo więc tylko "przesuwa" bogactwo z miejsca na miejsce, a nie rozmnaża. Gdyby było inaczej, to życie byłoby cudowne, a kryzysy gospodarcze w ogóle by nie istniały. Ale życie cudowne nie jest, kryzys mamy w pełni, a "państwo to wielka fikcja, dzięki której każdy próbuje żyć na koszt innych", jak pisał Bastiat.


5.779998
Twoja ocena: Brak Średnia ocena: 5.8 (9 głosy/głosów)
Zostaw link w miejscach, które odwiedzasz lub/i skorzystaj z gotowych odnośników!

Sto gwiazdek :))

portret użytkownika Pistacjowy Kosmita
6

:)


Abecadełko z pieca spadełko

portret użytkownika panmodry
6

Cóż tu komentować. Widzę, że pozytywistyczne idee wcielasz w życie i krzewisz ekonomiczną wiedzę wśród kontrowersyjnych, nie odpuszczając im nawet w niedzielę.


Jesteśmy tak w tyle,

portret użytkownika Pistacjowy Kosmita

że żadne niedziele nie powinny nam przysługiwać. Na bardzo długo.


Wietrzę spisek :)

6

Okrutnie zawzięty na tego biednego Keynesa jesteś. Zastanawia mnie przekornie, czy on nic mądrego nie wymyślił. Bo skoro ma wyznawców...wszyscy tak krótkowzroczni? Tym niemniej lekcja przyswojona, czekam na cd.


...Ginger Rogers w tańcu robiła dokładnie to samo, co Fred Astaire, tyle że tyłem i na wysokich obcasach. (A. Earhart)


Keynes stworzył swoją teorię

Keynes stworzył swoją teorię na założeniu, że prawo Saya nie działa i że w razie kryzysu gospodarczego państwo powinno "wykreować popyt", a wtedy automatycznie wzrośnie podaż. Myślał, że jeśli gospodarka zostanie napompowana nowymi pieniędzmi, a ludzie postanowią te pieniądze wydać na jakieś dobra, to podaż tych dóbr natychmiast wzrośnie. To rozumowanie jest na pozór logiczne, ale kryje się w nim duży błąd. Popytu nie trzeba bowiem "kreować", popyt cały czas jest ( oczywiście tylko na to, co się komukolwiek do czegokolwiek w jakikolwiek sposób przydaje ). Problemem jest "wyrażanie popytu", czyli zakupy. Sama chęć, by coś kupić nie wystarczy, potrzebne są jeszcze pieniądze. Ale pieniądze też nie wystarczą, by nasz popyt był coś wart. Gdyby było inaczej, to wystarczyłoby radośnie drukować, ale - jak to wiele razy pokazało życie - drukowanie przynosi tylko wzrost cen, nie wzrost bogactwa. Potrzebne jest jeszcze coś, dzięki czemu nasze pieniądze nabiorą wartości i tym czymś są dobra. By coś kupić musimy więc najpierw wyprodukować i sprzedać jakieś dobra - produkty, usługi, naszą pracę. Tak więc prawo Saya działa, a Keynes się myli. Dlaczego mimo to tak wielu ludzi uwierzyło w jego teorię? Warto się zastanowić kto uwierzył.


W teorię Keynesa uwierzyli politycy, co nie jest zbyt dziwne. Klasyczna ekonomia, oparta na prawie Saya i na dziełach Smitha, czy Bastiata nie dawała im zbyt wielkiego pola do popisu. Była na ogół przeciwna wtrącaniu się polityków w sprawy gospodarki. Co innego keynesizm. Keynes pokazał politykom, że mogą się wtrącać, a nawet powinni, że mogą regulować gospodarkę i napełniać ją pieniądzem. Smith mówił, że pieniądz nie jest bogactwem, dla Smitha bogactwem były produkty, usługi i praca. Dla Keynesa pieniądz był czymś, za pomocą czego rząd mógł "wykreować" popyt i zwiększyć tym samym podaż, co wykreuje nowy popyt, itd. Wystarczyło zwiększyć deficyt. Dzięki teorii Keynesa politycy mogli pokazywać się wyborcom jako zbawcy, którzy wyprowadzili kraj z kryzysu i budują raj na ziemi. Wyborcy wprawdzie instynktownie nie wierzą w takie raje i w politycznych zbawców, ale jeśli tych bohaterów poprze swoim autorytetem tak znany i szanowany ekonomista, jak Lord Keynes, to instynkt się wyłącza... Keynesizm był atrakcyjny także dla wielu ekonomistów. W klasycznej ekonomii istniały pewne proste zasady, które nowa teoria bardzo skomplikowała. Keynes oderwał całkowicie analizę makroekonomiczną od mikroekonomicznej, stworzył mnóstwo nowych pojęć, takich jak "popyt globalny" i stworzył tym samym zapotrzebowanie na dalszy rozwój teorii, która miała te wszystkie skomplikowane rzeczy wyjaśniać ( albo komplikować jeszcze bardziej ). Ekonomiści ( zwłaszcza makroekonomiści ) stali się w ten sposób bardziej potrzebni, zwłaszcza rządom - w końcu jacyś niezależni eksperci musieli wyjaśnić ludziom, że rząd zadłuża państwo dla ich dobra. Myślę, że te wszystkie przyczyny zebrane "do kupy", tłumaczą popularność keynesizmu. Popularność, która zresztą dawniej mocno osłabła ( teoria nie sprawdzała się w praktyce ), ale teraz rośnie ponownie, bo podobno "kryzys wymaga nadzwyczajnych rozwiązań". To oczywiście prawda, ale sęk w tym, że te rozwiązania powinny być przemyślane. Bo jeśli decydujemy się na byle jakie rozwiązania, byle były nadzwyczajne, to jest to niestety nadzwyczajnie głupie.


Klarowne, tak trzymać.

portret użytkownika cmss

:)
Zauważ jednakże, Państwo jest czymś w rodzaju "rezerwuaru" i nie zdołasz go powstrzymać przed wkładaniem palca do kontaktu jeżeli jest rezerwuarem głupoty.


Polityka jest jak gaz w naczyniu, wypełni całe.


Platonicznie...


Byle tylko ten gaz nie był

Byle tylko ten gaz nie był zbyt gęsty i oby nie było go zbyt dużo, a da się wytrzymać.
Pozdrawiam.


"Totalna bzdura..."

Jestes pewien?
Rozumiem skróty myslowe ale uważaj z takimi okresleniami, a przynajmniej uzasadnij.
Nic nie trwa wiecznie.
Nawet prędkość światła nie jest stała...


"przynajmniej

"przynajmniej uzasadnij"
Uzasadniłem. W następnym zdaniu, po kropce. Nie doczytałeś? Szkoda, ja krytykuję tylko te teksty, które przeczytałem w całości.
Pozdrawiam.


Gdzieś u Niuziurskiego

powstało wrażenie, iż kolonie zorganizowano
w niebezpiecznej okolicy. Miejscowy woźny
straszył zatopionymi wrakami, wodorostami
ludojadami typu hydra, duchami,Wehrmachtem
i czym się dało, by ograniczyć penetrację
terenu przez uczestników.
Wtedy wstał 8-letni kolonista i stwierdził
z przekonaniem:
" Nie wierzcie, gdyby to była
prawda, nie organizowaliby tu kolonii.
Gomółka by nie pozwolił".
I komu to przeszkadzało?


Z tym Keynesizmem jest chyba problem taki,

6

że ówczesne inwetycje infrastrukturalne widać nadal gołym okiem. W USA i Niemczech drogi, a u nas np. COP i Gdynia. Rachunek zysków i strat zafałszowała II wojna swiatowa, ale inwestycje, w większości , pozostały. Czy to było słuszne? Nie wiem, ale pomysł nie był głupi - kryzys to brak inwestycji i odkładanie pieniędzy w skarpecie. Wyciąganie tych pieniędzy inflacją czy podatkami z kieszeni obywateli i inwestowanie "zastępcze" było jakimś rozwiązaniem. Trudność polega jednak na tym jak odpowiednio kierować tymi inwestycjami, aby generować rozwój, a nie inflację. Wtedy było to prostsze i miało jakiś sens, gdyż bezrobotny mechanik czy urzędnik szedł kopać doły, co obecnie chyba nie jest możliwe. Nasz obecny bezrobotny, jakoś wykształcony, pójdzie raczej na zwolnienie lekarskie, a potem na zasiłek - niezłym przykładem mogą być wypowiedzi stoczniowców, którzy deklarowali, że nie pójdą do innej roboty, a odprawa faktycznie przez dłuższy czas im to umożliwi. Taki brak elastyczności wygeneruje raczej inflację, a nie wzrost, więc zasadnym jest pytanie, czy to nie "skórka za wyprawkę"
PS
Natomiast co do regulacji to jestem trochę za, gdyż np. monopole wymagają jakiegoś nadzoru.


Masz rację, w czasie kryzysu

Masz rację, w czasie kryzysu ludzie i firmy starają się oszczędzać. Nie robią tego jednak bez powodu. Robią to dlatego, że jeśli przed kryzysem się zadłużyli i nie są już w stanie brać nowych kredytów, to muszą zaoszczędzić trochę pieniędzy, by spłacić swoje długi i by móc znów więcej inwestować/konsumować w przyszłości. Państwo nie powinno im w tym przeszkadzać, bo w ten sposób tylko opóźnia wyjście z kryzysu. W jaki sposób? W taki, że państwo nie jest cudowną maszynką do pomnażania dobrobytu, państwo może jedynie dobrobyt "przesuwać" z miejsca na miejsce, więc każda państwowa inwestycja dzisiaj oznacza brak jakiejś inwestycji prywatnej jutro. Bo jak ci "prywaciarze" mają inwestować, skoro państwo wypłukuje im pieniądze z kieszeni, utrudniając im w ten sposób spłatę długów i gromadzenie nowych środków? No nie zainwestują, bo nie będą mieli za co. Tak stało się właśnie podczas "Nowego Ładu" Roosevelta, który nie był wcale sukcesem gospodarczym, był sukcesem propagandowym i już po czterech latach od początku jego realizacji recesja wróciła. Jeśli chodzi o Gdynię, to sprawa wygląda inaczej. To była interwencja konieczna, bo władze Wolnego Miasta Gdańsk utrudniały Polsce dostęp do gdańskiego portu. Gdyby władze WMG nie stosowały protekcyjnej i nacjonalistycznej polityki, to budowa Gdyni nie miałaby sensu. Stało się jednak inaczej i port w Gdyni trzeba było zbudować. Co do prawa antymonopolowego, to zgadzam się, powinno funkcjonować. Szkoda tylko, że obecnie nie dotyczy ono ( przynajmniej nie w pełni ) niektórych firm państwowych...


od dłuższego czasu mam wrażenie, że

cała teoria Keynesa sprowadza się w praktyce (lub sprowadzili ją do tego politycy) do zdania: "Dopóki możemy znaleźć kogoś kto nam pożyczy kasę na spłatę starych długów, będzie OK, jeśli nie znajdziemy - to wydrukujemy i też będzie OK. Jedyny przewidywalny problem może się pojawić gdy już nikt nie będzie chciał nam pożyczać a drukowanych przez nas papierków nikt nie będzie uważał za pieniądze". Chociaż sam Keynes uważał, że taka sytuacja jest zupełnie hipotetyczna bo można przecież "pożyczać z przyszłości" tzn. na bardzo długi okres czasu zawsze znajdzie się ktoś kto pożyczy.


W praktyce problem zaczyna się materializować - gdy Chiny przestaną pożyczać stanom, a banknoty z Waszyngtonem przestaną być uważane za pieniądze możemy być świadkami pierwszej praktycznej próby rozwiązania tegoż problemu.


YarekQ


Opcje wyświetlania odpowiedzi

Wybierz preferowany sposób wyświetlania odpowiedzi i kliknij "Zapisz ustawienia" by wprowadzić zmiany.